Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2011-08-11
Data modyfikacji: 2011-10-17

Yahad znaczy Razem

 

Wystarczy, że ludzie staną obok i naprzeciwko siebie, chwycą w dłonie sznurek, utworzą z niego łamaną pod prostymi kątami linię. Wystarczy na płachtach białego papieru odbić epitafia i uchwytami do bielizny rozwiesić te płachty na napiętym sznurku. To wystarczy, żeby na kawałku pustego placu wyrósł symboliczny cmentarz. Żeby z daleka wyglądał, jak suszące się na podwórku pranie, w czasach, gdy ludzie nie wstydzili się czystych poszew, prześcieradeł, obrusów. Jeśli w pobliżu stoi dawna synagoga, ten kawałek placu i wyrosły na nim cmentarz zamienią się w kirkut.

Na prostokącie ziemi otoczonym dawną synagogą, tyłami sklepu „Biedronka” i okazałymi willami był kiedyś cmentarz. Z krajobrazu Szczekocin zniknął wraz z połową mieszkańców gminy, z ich poszwami, z modłami odprawianymi w budynku mieszczącym dziś restaurację.


Frotaże z synagogą w tle.

Tych nagrobków, schnących na wietrze domowych zasobów pościelowych, tych natchnionych religijnym uniesieniem modulacji dziś zobaczyć, dotknąć , usłyszeć nie można. Ale można je sobie wyobrazić. Można je na przykład odtworzyć w artystycznej formie lub posłuchać i poczytać, jak to kiedyś w Szczekocinach było. Jeśli znajdą się mieszkańcy skłonni to uczynić, to znaczy, że sąsiedzi ich dziadków nie do końca stąd zniknęli. Jeśli za rozwieszanie frotaży z odbiciem macew (żydowskich nagrobków) weźmie się tutejsza młodzież, to znaczy, że jest szansa, by pamięć o dawnych czasach przetrwała.
 

Kadisz w strugach deszczu

Trzeci lipca zaczął się pochmurnie, a tuż po dziewiątej na dobre się rozdeszczyło. Mimo to, pod dawną synagogą gęstniało od osób rozkładających parasole, chroniących pod nimi aparaty fotograficzne i małe kamery. Czekali na najważniejszego gościa, ale on spóźniał się, więc zaplanowane na potem rozpinanie frotaży rozpoczęto już teraz.

***

Wreszcie przybył. W strugach deszczu, za rzędami zwijanych wiatrem, jasnych płacht stanął pod prowizorycznym zadaszeniem Naczelny Rabin Polski, Michael Schudrich. Odwiedził ten plac, by odmówić na nim kadisz – jedną z najważniejszych żydowskich modlitw. W dziwny sposób, zimna, nieprzyjazna sceneria i zamienione w błoto podłoże pasowały do uroczystości.


Po lewej Zygmunt Rolat, po prawej Michael Schudrich.

Michael Schudrich odsłonił tablicę poświęconą Dow Ber Meiselsowi – urodzonemu w Szczekocinach, dziewiętnastowiecznemu rabinowi Krakowa, a potem Warszawy. Jasnoniebieską wstęgę zrzucał z tablicy także Zygmunt Rolat. Człapiący o lasce, pochylony wiekiem człowiek przetrwał Holocaust. Zrobiwszy w Stanach Zjednoczonych zawodową i finansową karierę, o kraju pochodzenia nie zapomniał. Jest przewodniczącym Światowego Stowarzyszenia Żydów Częstochowian, współprzewodniczącym Północnoamerykańskiego Komitetu Wspierania Budowy Muzeum Żydów Polskich, honorowym obywatelem Częstochowy, bywalcem najznakomitszych politycznych salonów w USA, Izraelu i Polsce, laureatem najwyższych państwowych odznaczeń.  Gdyby tej biografii nie znać, niczym nie wyróżniałby się wśród napotkanych na ulicach Szczekocin mężczyzn, bo nawet mową, obcych naleciałości nie zdradza.

***

Zgromadzonym w zespole szkół ponadgimnazjalnych, Michael Schudrich wyznał, że pochodzi z Nowego Jorku, Polskę zaczął odwiedzać w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zanim osiedlił się w niej na stałe, przez dziesięć lat pełnił religijną posługę w Tokio. Ludzie pytali, jak wygląda normalny dzień rabina, co trzeba zrobić, żeby przejść na judaizm, czy Polacy rzeczywiście uważani są w świecie za antysemitów, jak budować przyjazne stosunki polsko-żydowskie.

A rabin, jak to rabin. Z uwagą wsłuchiwał się w kierowane do niego słowa i komentował je tak, by rozmówca sam dopowiadał „opinię rabina”.

***

Przed Yossim Bornsteinem leżała przetłumaczona na polski książka urodzonego w Szczekocinach (nieżyjącego już) ojca, Izyka Mendla Bornsteina. Zawarty w jej tytule symbol „B-94” to oświęcimski numer wytatuowany na ręce autora.


B-94 - oświęcimski tatuaż autora.

W Szczekocinach przyszedł także na świat ojciec Daniela Zylbersztajna. Daniel opowiadał o „Oazie Pokoju” – miejscu na pograniczu Izraela i Autonomii Palestyńskiej, w którym przedstawiciele obu narodów żyją we wzajemnie poznającej się wspólnocie. Ten społeczny eksperyment służy przełamywaniu barier, redukowaniu uprzedzeń poprzez zrozumienie punktów widzenia drugiej strony.


Daniel Zylbersztajn.
 

Izyk powrócił

To wspaniałe, że w niewielkiej gminie konstruowane są mosty między nacjami rozdzielonymi tragiczną historią. Że zaglądają tu rozsiani po różnych kontynentach, urodzeni poza Polską potomkowie ocalonych z Zagłady. Że o Szczekocinach pamiętają ludzie, którzy w metropoliach Europy i Ameryki zdobyli wysoki status społeczny i materialny, a Szczekociny pamiętają o ich przodkach. Ale tę pamięć odświeżono bardzo niedawno.

***

Izyk Mendel Bornstein przeżył sześć nazistowskich obozów koncentracyjnych. Po wojnie zawędrowywał do brytyjskiej Palestyny, żeby walczyć o nowe państwo – Izrael. Później wyemigrował do USA. Osiem lat temu, wiedziony tęsknotą za czasem dzieciństwa i wspomnieniami młodzieńczego okresu, gdy nikt jeszcze nie wyobrażał sobie otoczonych kolczastym drutem komór gazowych, wybrał się w nostalgiczną podróż.  Pierwszy raz od zakończenia straszliwej wojny przyjechał z rodziną do idealizowanego zakątka świata.


Na dawnym kirkucie.

W architekturze, pejzażu, atmosferze sporo przetrwało z zachowanych w jego świadomości obrazów. Odnalazł te same budynki, uliczki, podwórka, lecz miejsca dla Żydów najważniejsze obróciły się w ruinę lub zostały, zapewne nieświadomie, sprofanowane. Z synem Yossim postanowili ten przykry stan rzeczy zmienić.

***

Na „You Tube” można zobaczyć fragment izraelskiego programu telewizyjnego, w którym Yossi Bornstein komentuje reporterski materiał nakręcony w Szczekocinach w 2004 roku. Kamera przesuwa się wzdłuż parterowo zabudowanej ulicy, mija zaprzężoną w dwa konie furmankę, pokazuje solidne domostwa współczesnych mieszkańców. Pod drewnianym płotem jednej z zagród dłonie w sterylnych rękawiczkach odsłaniają leżącą w trawie płytę nagrobną.


Yossi.

Dwóch mężczyzn niesie ją przez wypielęgnowany trawnik, mija starannie przycięty żywopłot, umieszcza macewę w furgonetce. Wracają, kopią pod płotem łopatą, wygrzebują płytko zalegające kamienie z wykutymi hebrajskimi literami. Kawałki pasują do siebie, ułożone jeden obok drugiego tworzą górną część steli. Na kolejne podwórko wchodzą z taczką. Tutaj z rozłupanych nagrobków zrobiono murek, a właściwie stos okalający pozostałości po jakimś rozległym remoncie. Święte szczątki sąsiadują z porzuconym złomem i starymi okiennicami. Kamerzysta pochyla się nad ułożonym z kamieni zalążkiem krawężnika żwirowej alejki. Zbliżenie znów ujawnia hebrajski alfabet. Obiektyw rejestruje ohydny różowy „bunkier”, tkwiący na nierówno porośniętej trawą przestrzeni. To publiczny szalet, jeden z tych, których obskurny widok urozmaica podrzędne kolejowe stacje. W Szczekocinach wychodek z wnękami dla pań i dla panów postawiono tam, gdzie kiedyś był cmentarz nazywany kirkutem.
 

Tu łatwiej o tolerancję

Po ośmiu latach zdewastowana wtedy synagoga jest jednym z piękniejszych w gminie budynków. Choć służy innym niż pierwotnie celom, zewnętrzną formą i przytwierdzoną do ściany tabliczką informacyjną przypomina bogatą historię okolicy. Po szalecie nie ma śladu, dzisiaj już można rozpinać na sznurku frotaże i odprawiać tu kadisz. Yossi Bornstein chce, żeby w tym miejscu stanął pomnik zbudowany z fragmentów macew.

***

Wszystkie te zmiany nie byłyby jednak możliwe bez zaangażowania również „po szczekocińskiej stronie”. Bez żyjących tu ludzi, przekonanych, że pozbawione żydowskiego rozdziału dzieje miejscowości nie tylko ubożeją, lecz stają się po prostu nieprawdziwe. Niekwestionowanego sprzymierzeńca w przekazywaniu prawdy zyskał Yossi Borntein w Mirosławie Skrzypczyku, wicedyrektorze Zespołu Szkół, nauczycielu języka polskiego. Dyro belfer jest pomysłodawcą i duszą Szczekocińskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej, od czterech lat organizowanego przez szkołę.


Mirosław Skrzypczyk.

Wbrew nazwie, festiwal nie stanowi wyłącznie, a nawet przede wszystkim, przeglądu muzyczno-wokalnych produkcji z okolic Haify, Betlejem czy Tel Avivu. Kolorowe, porywające publiczność sceniczne występy są tylko uzupełnieniem poważnych dyskusji o polsko-żydowskiej przeszłości, spotkań z postaciami formatu Michaela Schudricha, Zygmunta Rolata, Daniela Zylebrasztajna.

***

W Szczekocinach dorasta młodzież świadoma niegdysiejszej wielokulturowości swojego miasteczka, z zainteresowaniem badająca losy jego starszych w wierze mieszkańców. Tu trudniej o antysemickie graffiti i nazistowskie symbole na murach. Tu łatwiej o tolerancję wobec nie tylko religijnych i narodowych odmienności.

Starsi w wierze mieszkańcy od dawna nie rozwieszają na podwórkach prania i nie wydeptują ścieżek do synagogi, ale młodzi szczekocinianie spotykając się z ich wnukami coraz częściej mówią: - Jesteśmy razem. Yahad!

Maciej Pawłowski

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi