Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2012-05-07

Test powiatowej jedności

 

Prawdę mówiąc, realny wpływ powiatów ziemskich na rzeczywistość ogranicza się do podległych im dróg, oświaty ponadgimnazjalnej i jednostek służby zdrowia. Reszta jest dekoracją, odprawianym proforma rytuałem na rzecz idei samorządności.

Ten w gruncie rzeczy wąski zakres faktycznych kompetencji stanowi jednak niezwykle trudne do uprawy pole. Dla starostów jest często polem minowym, na którym łatwo stracić głowę i społeczne poparcie. W czasach kryzysu, nagonki na „biurokrację”, restrykcyjnej polityki ministra Jana Vincenta Rostowskiego nie pozostaje im nic innego, jak redukować, ciąć, wygaszać.
 

Wymuszone sytuacją naruszanie ustalonego od lat porządku wywołuje opór skrzywdzonych środowisk, ściąga gniew ludu, daje populistyczne argumenty opozycji czyhającej na potknięcia władzy.

***

W powiaty bić nader łatwo. Ich związek z gminami nie jest na ogół zbyt ścisły, a legitymizacja kierownictw dość wątła. Na tym szczeblu samorządu władza wykonawcza pochodzi z wyborów pośrednich, wyłaniana jest głosami powiatowych radnych. Kreowani w ten sposób starostowie mają teoretyczny atut w postaci większości, która ich wskazała. Problemy zaczynają się, gdy ta większość jest minimalna, a w dodatku stanowi zlepek aspirujących do rządzenia ugrupowań. To dokładnie tak, jak w parlamencie i Radzie Ministrów. Donald Tusk egzystuje w ciągłej niepewności, czy Waldemar Pawlak poprze go w kontrowersyjnych sprawach, czy PSL opowie się za „trudnymi” reformami.

Jeśli starosta jest równocześnie powiatowym radnym, ma zobowiązania wobec własnego elektoratu. Jeśli ten elektorat ostentacyjnie kokietuje, oskarżany bywa o partykularyzm i ignorowanie „zrównoważonego rozwoju”.

Roszczeniowi „liberałowie”

Podręcznikowym przykładem minowego pola jest powiat zawierciański. Pięćdziesięciotysięczną stolicę sztucznie stworzonej jednostki administarcyjnej otacza dziewięć żyjących własnymi sprawami gmin, a ich wójtów i burmistrzów (Zawiercie ma prezydenta) więcej łączy z sołtysami niż z zasiadającymi w starostwie urzędnikami. To co w starostwie ustalają, ani ich ziębi, ani grzeje, no chyba, że chodzi o jakąś przebiegającą przez ich teren drogę.

Zaangażowani muszą być za to pochodzący z gmin powiatowi radni. Sęk w tym, że polityczne cele często przysłaniają im zdrowy rozsądek i dobrze pojęty społeczny interes. Choć wiadomo, że młodzieży w szkołach będzie ubywać, pieniędzy na oświatę brakuje, a nauczycieli jest za dużo, oni zmianom mówią „Nie!”. Kiedy na tapecie jest kwestia zasadności utrzymywania dziesięcioosobowej klasy hodowców koni, oni gardłują o „oryginalności i wyjątkowości” niszowego kierunku kształcenia. Ktoś w samej Warszawie ma znajomego, co ten kierunek skończył i mile wspomina czas zgłębiania specjalistycznej wiedzy. Pytanie tylko, czym w Warszawie może zajmować się hodowca koni? Obstawiać gonitwy na Służewcu?


Punkt honoru starosty.

Co ciekawe, socjalnie najwrażliwsi są opozycyjni reprezentanci nominalnie „liberalnego” środowiska. To oni najgłośniej protestują przeciwko redukowaniu, cięciom, wygaszaniu. To oni są także współodpowiedzialni za tragiczną sytuację powiatowego szpitala.

A jedyny dla stu dwudziestu tysięcy mieszkańców szpital stanowi obiektywnie najbardziej wspólną dla wszystkich sprawę. Tak naprawdę, jest sensem istnienia powiatu.

Zwodniczy uśmieszek

Monumentalny, jak na słabo zurbanizowaną okolicę, wybudowany w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku obiekt miał być zapewne symbolem dbałości socjalistycznego państwa o zdrowie obywateli. Dawna gigantomania i hurraoptymizm owocują dziś migreną starosty i przekonaniem ludności o bezpowrotnie minionym „wieku złotym”. Wielospecjalistyczny szpital powiatowy w Zawierciu ma pięćdziesiąt dwa miliony złotych długu i spekulujących nim lichwiarzy na karku. W dobie bezwzględnej „rostowszczyzny” zasadniczym pytaniem jest, jak wyjść z tej opresji?


Nwoczesny OIOM.

Już w nowej, wolnorynkowej epoce nieuchronnych problemów nie dostrzegano. Za zaciąganiem przez placówkę kredytów głosowali „prospołeczni” i „liberalni” radni, w tym samym składzie zgodnie akceptowali kredyty na spłatę kredytów. Panem sytuacji były związki zawodowe, a domagający się „godnych wynagrodzeń” personel skutecznie szantażował władzę protestami. Niespecjalnie przejmowano się, że pożyczki są coraz wyżej oprocentowane, a niespłacane odsetki rosną w postępie geometrycznym. Lecznica miała przecież ewidentne sukcesy. Nowoczesny oddział intensywnej opieki medycznej, świetnie wyposażony blok operacyjny stanowiły efektowną przeciwwagę obskurnych sal i zagrzybionych kibli.


Pracowite laboratorium.
 

Aż w końcu nadszedł kres beztroskiego „jakoś to będzie”. Wyczerpała się cierpliwość wierzycieli, na konta weszli pierwsi komornicy. Długi już dawno wykupiły żyjące z nich, zorganizowane hieny. Prawdziwa okazała się powtarzana przez lata teza, że szpitala nikt nie zamknie. Bez niezbędnych do jego funkcjonowania dostaw po prostu zamknie się sam.


Za tymi drzwiami wstydzić się nie trzeba.

Ale po wyborach pojawił się nowy starosta. Młody, wychowany na podręcznikach do zarządzania ekonomista. Nieustanny uśmiech na jego twarzy brano za przejaw wrodzonej łagodności. Nikt nie przypuszczał, że to tylko taka „uroda”, że facet może być wewnętrznie bardzo smutny, choć usta wyginają mu się w sympatyczną parabolę.

Punkt honoru

Ambitny gość zaczął wdrażać swój model administrowania. Stanowczymi mowami i nieznoszącym sprzeciwu tonem stawał się coraz bardziej nieprzyjemny dla otoczenia. Radnym zapowiedział, że od tej chwili drogowe inwestycje realizowane będą wspólnie z gminami. Powiat wyasygnuje na to określoną kwotę, a jeśli któraś zechce remontu biegnącej przez nią trasy, będzie musiała dołożyć drugie tyle. Sporządzonym przez siebie, skomplikowanie wyglądającym „algorytmem” uzależnił liczbę nauczycielskich etatów od liczby uczniów i klas. Dyrektorom nakazał dostosowanie wielkości pedagogicznej kadry do ptymalnych wyliczeń. Tam gdzie są „nadwyżki”, trzeba redukować, a mało popularne kierunki kształcenia ograniczać.


A na twarzy (środkowej) ciągle ten zwodniczy uśmieszek.

Jednak za punkt honoru obrał sprawę chylącego się ku upadkowi szpitala. W nieznaną sobie problematyką zaczął wgryzać się niczym chomik w świeżą marchewkę. Zaczął jeździć po kraju, odwiedzać ośrodki, w których z sukcesem wyciągano z dna podobne przypadki. W Związku Powiatów Polskich włączył się w prace zespołu forsującego korzystne dla samorządów rozwiązania ustawowe. Na stołecznych wspólnych posiedzeniach komisji samorządowej-rządowej uważnie słuchał ministrów, zadawał im kłopotliwe pytania. Zgromadziwszy szeroką teoretyczną wiedzę, wziął się za praktykę.

***

W zawierciańskim szpitalu dyrektorzy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Albo ich koncepcje okazują się nierealne, albo nie wytrzymują presji powierzonych im zadań. Choć rosnący korowód szefów jest amunicją dla atakującej z obu flanek (lewej i prawej) opozycji, młody starosta stopniowo osiąga zamierzone cele. Przy wrzawie oburzenia zlikwidowano jednak najbardziej nierentowne odziały, o kilkadziesiąt osób zmniejszono zatrudnienie, ale też przygotowano grunt pod wzrost dochodów placówki. Mają mu służyć nowe, wysoko kontraktowane usługi medyczne (oddział opieki paliatywnej, oddział leczenia udarów).


Przy szpitalu powstaje Oddział Ratunkowy.

Nie oglądając się wstecz, „młodosta” (taką ksywkę mu nadano) oddał kierowanie szpitala zwolnionej kiedyś specjalistce od finansów. Kobieta zna firmę od podszewki, potrafi skutecznie negocjować z wierzycielami. Wystartowała w kwietniowym konkursie na dyrektora (na razie jest pełniącą obowiązki), lecz złożona z lekarzy, pielęgniarek i związków zawodowych komisja nie ją Zarządowi Powiatu rekomendowała. Zarząd sugestię odrzucił, bo plan naprawczy wskazanego przez komisję kandydata był, delikatnie mówiąc, nieprzekonywujący. Zamiast wyliczeń, prognoz i harmonogramu działań zawierał deklaracje, iż kandydat będzie dyrektorem „sprawiedliwym” i „wydobywającym z załogi, to co w niej najlepsze”. No cóż, trzeba będzie rozpisać nowy konkurs.

Koronkowy plan

Od kilku miesięcy leczenie pacjentów przynosi zawierciańskiej placówce zyski. Niestety nawet maksymalne zwiększenie rentowności nie zrównoważy obciążeń finansowych wynikających z zadłużenia jednostki, a ściślej – specyfiki tego zadłużenia. Horrendalne, lawinowe odsetki powodują, iż dług rośnie szybciej niż mogą rosnąć dochody, a „gonienie go” będzie zawsze syzyfowym wysiłkiem.

Na rządowe projekty restrukturyzacyjne nie ma co liczyć, zresztą zainteresowanie nimi jest w skali kraju zerowe. Pomysł młodosty przewiduje spłacenie aktualnych zobowiązań rozłożonym na piętnaście lat, niskooprocentowanym kredytem. Problem w tym, że trzeba go poręczyć. Z około pięćdziesięciomilionowego zadłużenia, dziesięć milionów szpital winny jest powiatowi. Konieczne czterdzieści „baniek” kredytu w połowie poręczyć może starostwo, drugie dwadzieścia musiałyby wziąć na siebie gminy. Chroniąc ich interesy, młodosta proponuje cesję dwudziestu pięciu procent kontraktu szpitala, a także zastaw w postaci powiatowych nieruchomości.

***

O słuszności swoich zamierzeń zaczął przekonywać prezydenta Zawiercia, burmistrzów i wójtów. Zaczął jeździć na sesje gminnych rad, w publicznych i kuluarowych dyskusjach objaśniać szczegóły koronkowego planu. Zwieńczeniem informacyjno-perswazyjnej kampanii były trzydniowe mitingi w starostwie (16 kwietnia z powiatowymi radnymi, 17 kwietnia z prezydentem, wójtami, burmistrzami, przewodniczącymi rad i skarbnikami, 18 kwietnia z przewodniczącymi komisji budżetowych i zdrowia poszczególnych rad). Goście nie wypuszczali drugim uchem tego, co usłyszeli pierwszym. Zadawali pytania, żywo reagowali na prezentowane z rzutnika dane, wykresy, bilanse. To dobry prognostyk.

***

- „Oj długo ten zarozumiały smarkacz władzą się nie nacieszy” – wróżono młodoście na początku kadencji. Dziś wieszczący mu krótką karierę jasnowidze nie są już tego tacy pewni. Coraz więcej dawnych sceptyków zaczyna wierzyć w powodzenie jego misji. U coraz większej liczby obserwatorów działań młodosty (działań dalekich od utartej konwencji)  zyskuje on autorytet.

Na majowych sesjach gminni radni zadecydują, czy wchodzić w poręczenia dla szpitala. To będzie test powiatowej jedności.

Maciej Pawłowski 


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi