Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2012-09-10

Wykręcając ten numer

 

Młoda lekarka zmaga się z ciemnotą i zabobonami, uparcie zwalcza szamańsko-znachorskie praktyki, pokonując niezliczone trudności, krzewi zdrowotną oświatę. Gdy trzeba, rozklekotaną karetką „warszawa” pędzi do odległej zagrody. Jęczącego gospodarza znieczula opartym o futrynę młotem, a zropiały wyrostek robaczkowy usuwa sierpem odkażonym strużką samogonu.

Tak nad mieszkańcami wsi roztaczano medyczną opiekę w pochodzącym z 1970 roku, czarno-białym serialu telewizyjnym „Doktor Ewa”. No może niecałkiem tak, ale w sposób bardzo zbliżony.

***

Ponad czterdzieści lat od pierwszej emisji odcinkowej opowieści, rolnik opryskujący pole środkami ochrony roślin zorientował się, że w uprawie spoczywa nieprzytomny, intensywnie krwawiący człowiek. Zanim dostrzegł intruza, zdążył parokrotnie nasączyć go herbicydami. Poszkodowany był kłusownikiem przypadkowo postrzelonym przez pijanego kolegę. Wezwana przez „komórkę” pomoc przybyła ambulansem volkswagen. Z wnętrza furgonetki kocim susem wyskoczyli mężczyźni w jaskrawo pomarańczowych kostiumach. Twarze zasłaniały im aseptyczne maski, w obciągniętych wyjałowionymi rękawiczkami dłoniach nieśli zgrabne tobołki, na ramionach dźwigali wyładowane plecaki. Żwawym krokiem dotarli do ofiary bezprawnych polowań połączonych z nowoczesnymi zabiegami agrotechnicznymi. Tu, pochylając się nad pacjentem, rozłożyli swój majdan.


Efekt brawury szalonego rowerzysty.

O Jezu, czego tam nie było! Po prostu całe, przenośne ambulatorium. Nie tylko bandaże, gazy, plastry. Obok rozmaitych ampułek i kołnierza ortopedycznego także zestaw kroplówkowy i coś, o czym Doktor Ewa nawet nie śniła. „Lifepak 12” – wielofunkcyjny defibrylator z możliwością bezpośredniego przesyłania danych do najbliższego centrum kardiologii. Gościa ocucono, estetycznie opakowano w folię aluminiową i odtransportowano do miejsca przeznaczenia.

Tej sytuacji nie wymyślił scenarzysta pamiętanego przez dojrzałych telewidzów serialu. Jej pomysłodawcą był juror VII Otwartych Mistrzostw Śląska w Ratownictwie Medycznym.  

Rany jak żywe

Ktoś mógłby powiedzieć, że województwo śląskie nie jest miarodajnym przykładem funkcjonowania krajowej służby zdrowia. To przecież najbardziej zindustrializowany, zurbanizowany i nasycony placówkami medycznymi rejon Polski. Tu gęstość zaludnienia jest największa, działają znakomite ośrodki kardiologiczne i kardiochirurgiczne, nadal renomą cieszy się spadek po branżowym, górniczym lecznictwie zamkniętym. Tu wreszcie, w odróżnieniu od reszty kraju, już ładnych parę lat temu papierowe legitymacje ubezpieczeniowe zastąpiono plastikowymi kartami chipowymi. Jak zatem porównywać województwo śląskie z rustykalną, wciąż oddaloną od nowoczesności Polską „B”?


Jak za dawnych lat.

Porównywać można. Jeśli nie pod względem wielkości i technicznego poziomu infrastruktury, to przynajmniej pod względem funkcjonowania systemu ratownictwa medycznego. Warto pamiętać, że ów punkt odniesienia to nie tylko górnośląsko-zagłębiowska konurbacja. To także spore, „zielone” obszary powiatów typowo wiejskich i raczej nieprzemysłowe, dawne województwa częstochowskie i bielskie (które ostatnia reforma administracyjna dodała do katowickiego).

***

VII Otwarte Mistrzostwa Śląska w Ratownictwie Medycznym zorganizowało w połowie maja Rejonowe Pogotowie Ratunkowe w Sosnowcu. Teren jego działania obejmuje tysiąc osiemset kilometrów kwadratowych zamieszkałych przez siedemset tysięcy ludzi. Ponad czterystuosobowa załoga poza miastami i gminami Zagłębia Dąbrowskiego (Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Będzin, Czeladź) obsługuje kulturowo bliższe Małopolsce Jaworzno oraz turystyczno-wiejski powiat zawierciański. Właśnie w nim odbyły się mistrzostwa, których otwarta formuła ściągnęła drużyny z najodleglejszych zakątków Rzeczypospolitej.


Opryskany herbicydami.

Nawiasem mówiąc, zwyciężyła ekipa Nowego Szpitala w Nakle i Szubinie (województwo kujawsko-pomorskie), wyprzedzając Świętokrzyskie Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego w Kielcach. Reprezentacja Sosnowca po rycersku wycofała się z klasyfikacji.

***

Przez dwa dni zawodnicy odgrywali rolę dyspozytorów, opatrywali postrzelonych kłusowników, reanimowali wisielców, po piaszczystym podłożu przetaczali quady z pacjentami na przyczepce, zajmowali się biesiadującą w lesie rodziną, w którą wpadł szalony rowerzysta, selekcjonowali ofiary zbiorowej katastrofy drogowej. Wszystko w bardzo realistycznej scenerii, z mnóstwem keczupu, tłumem statystów, nakładanymi na ciała pozorantów imitacjami głębokich ran, otwartych złamań, wypływających z jamy brzusznej wnętrzności.  


Reanimacja.

Ratownicy wykazali dużą sprawność i budzącą podziw kondycję fizyczną. Nieco gorzej szło im stawianie diagnoz na podstawie wywiadów z poszkodowanymi i świadkami wypadków, lecz wyrównywali to biegłością w czynnościach medycznych. W sumie, pozostawili po sobie korzystne wrażenie i wiarę obserwatorów, że w razie czego można na nich liczyć.

Nie te czasy

Niemały odłam społeczeństwa pragnie widzieć w personelu pogotowia ratunkowego stróżów dobrego, a przynajmniej znośnego, samopoczucia. Kiedy coś zakłuje w boku, strzyknie w kolanie lub krzyżu, kiedy wyczerpie się zapas leków, fajnie jest mieć na podorędziu kogoś, kto przeciwbólowy czopek zaaplikuje, lewatywę zrobi, receptę na psychotropy wypisze. Przyjemnie mieć świadomość, że wykręcając trzy dziewiątki, ktoś ze stetoskopem na szyi do chałupy zawita.

Ale pogotowie już dawno nie jest tym, które rozklekotaną „warszawą” pędziło do zagrody. Tym z epoki, gdy Doktor Ewa gwarzyła z cierpiącą na artretyzm staruszką, a gdzieś niedaleko pod kołami „stara 660” konał nietrzeźwy rowerzysta.

***

Mimo postępu techniki, informatycznego i komunikacyjnego „kurczenia się” świata, na prowincji nadal pokutuje pogląd, że im dalej od dyrekcji, tym pomoc w nagłych przypadkach mniej pewna i gorsza. Swego czasu w powiecie zawierciańskim słyszało się głosy, że może lepiej zrezygnować z usług Sosnowca i stworzyć jakąś prywatną bądź samorządową alternatywę. Powiat rozległy, sto dwadzieścia tysięcy mieszkańców liczący, zawsze to lepiej coś swojego posiadać, niż na łaskę obcych się zdawać.

Dla znawców problematyki takie opinie są czystym populizmem, być może motywowanym nie tylko „dobrem pacjenta”. Nie dystans od centrali, lecz organizacja i rozlokowanie baz decydują o sprawności służby. Na wysuniętej placówce sosnowieckiego pogotowia rozmieszczenie punktów dysponowania karetek gwarantuje, że maksymalny czas dojazdu nie przekroczy ustawowych piętnastu minut od wezwania.


System śeldzi karetki.

Obok oddziału w Zawierciu podstacje zainstalowano w Pilicy, Kroczycach i Szczekocinach, o których w marcu stało się głośno z powodu pamiętnej katastrofy kolejowej. Niedługo przed nią władze gminy zamierzały wypowiedzieć pogotowiu użytkowany lokal, bo takie sąsiedztwo nie odpowiadało zadomowionej tu również straży pożarnej (a straż na wsiach cieszy się dużym autorytetem). Do Szczekocin wyruszył z Sosnowca zastępca dyrektora do spraw administracyjno-eksploatacyjnych Tomasz Trólka. Po ponad dwóch godzinach trudnej rozmowy przekonał burmistrza, by usytuowania podstacji nie zmieniać. Niebawem rozwój wydarzeń przyznał mu rację. W innej konfiguracji strażaków i pogotowia działania ratownicze pod Szczekocinami byłyby zapewne nie tak sprawne.

Czas integracji

Od kilku lat dyspozytorzy Rejonowego Pogotowia w Sosnowcu śledzą na monitorach ruch swoich karetek. Widzą na elektronicznej mapie, który zespół jest „wolny”, który przebywa u pacjenta, który powraca z interwencji. Ta wiedza pozwala użyć ambulansu znajdującego się najbliżej kryzysowego zdarzenia, a w razie potrzeby, nie osłabiając innych części obsługiwanego terenu (gdzie także może dojść do wypadku), skierować do akcji większe siły.


Tomasz Trólka - mózg technicznych przeobrażeń.

To wstęp do zaplanowanej w województwie śląskim reorganizacji ratownictwa medycznego. W przyszłym roku ostatecznie zintegrowany będzie każdy z sześciu rejonów operacyjnych (Katowice, Sosnowiec, Częstochowa, Gliwice, Bielsko, Jastrzębie). W rejonie sosnowieckim oznacza to, że dotychczasowe dyspozytornie zastąpione zostaną jedną. W odpowiednio przygotowanym lokum dyżurni przyjmować będą zgłoszenia, obserwować karetki, wysyłać je do potrzebujących. Wraz z telefonicznym numerem wzywającego pomoc wyświetli się jego adres.

Przedsięwzięcie wymaga połączenia cząstkowych systemów łączności, spięcia systemu informatycznego w niezawodną całość. W Sosnowcu mózgiem zadania jest Tomasz Trólka, a opiekuńczym duchem prezydent miasta Kazimierz Górski (ma dobre, przyjemnie kojarzące się imię i nazwisko). Na potrzeby nowego „centrum dowodzenia” oddał część zlikwidowanego szpitala nr 2 (w mieście ostały się jeszcze trzy lecznice plus Centrum Pediatrii), bez zmrużenia oka wziął na klatę samorządu adaptację pomieszczeń (remont, klimatyzację, zabezpieczenie serwerowni), do każdej sugestii Tomasza Trólki odnosi się z należytą powagą i gotowością natychmiastowego jej wdrożenia.

Na tym właśnie polega współczesne ratownictwo medyczne. Jego istotą jest szybkość reagowania i kierowanie pomocy tam, gdzie naprawdę jest niezbędna, gdzie od jej udzielenia zależy ludzkie życie.

***

W województwie śląskim konkurs na popołudniowo-nocną i świąteczną podstawową opiekę zdrowotną wygrały szpitale. Na utracie kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia najbardziej ucierpiały placówki pogotowia w Sosnowcu i Zawierciu, świadczące dotąd pełnię ambulatoryjnych usług. Zatrudnienie zmniejszono w nich o trzydzieści procent.

No cóż, dziś z bólem brzucha i wymiotami zaglądać tam nie ma po co. Dziś najważniejsze jest, by wykręcając 999, mieć pewność, że ktoś po drugiej stronie podniesie słuchawkę i gdy trzeba, pospieszy na ratunek.

Jednak dawne czasy darzą sentymentem nie tylko pamiętający je pacjenci. Jeden z uczestników VII Otwartych Mistrzostw Śląska w Ratownictwie Medycznym przyjechał na start pieczołowicie odrestaurowaną karetką fiat 125p. Pojazd wzbudził większe zainteresowanie niż nowiutkie, świetnie wyposażone fordy, volkswageny, mercedesy.

Maciej Pawłowski   

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi