Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2013-02-21

Krezusi z KRUS

 

W głośnej ostatnio dyskusji o tolerancji nikt nie zwraca uwagi na przyziemny wymiar tej szlachetnej, społecznie pożądanej postawy. Na obopólną tolerancję mieszkańców miast i wsi. Od dziesięcioleci tym grupom wzajemna wyrozumiałość raczej nie przyświeca. Antagonizmy niezmiennie podsyca władza, bez względu na to, jaką ideologię reprezentuje.

Za wczesnej, stalinowskiej komuny małorolnych chłopów gnębiono obowiązkowymi kontyngentami. Funkcjonariusze reżimu potrafili ostatniego wieprzka z nędznego chlewika wydrzeć, by rzucić go na pożarcie wygłodniałej, odbudowującej się Warszawie czy szczodremu węglem i stalą Śląskowi. I jak tu małorolny miał Warszawę czy Śląsk kochać?

Polubił te miejsca, gdy przybył do nich z zamiarem nowego życia, gdy fabryki, kopalnie i huty suto płaciły jego przywykłym do ciężkiej roboty rękom. Niestety, u miejscowych sympatii nie budził. Oni na hotele robotnicze krzywym okiem patrzyli, nie w smak im były te materialne zachęty i nowe osiedla dla „werbusów” szykowane.


Czy kiedyś nastanie prawdziwy sojusz robotniczo-chłopski?

Teraz „wyższych uczelni” prawie tyle, co podstawówek. Wtedy uniwerek, polibuda, akademia były spełnieniem marzeń, indeks przepustką do społecznej elity. Skromnie egzystującej, z górnikami i hutnikami finansowo równać się niemogącej, ale zawsze elity. Miastowi maturzyści kuli, więc do egzaminów wstępnych jak szaleni, po kilka razy startowali na wybrany kierunek, ich rodzice bulili grubą forsę za korepetycje, a studenckie czapki koledzy ze wsi dzięki punktom „za pochodzenie” zakładali.

Albo na przykład wojo. W Układzie Warszawskim nie była to zabawa w przebierankę, gonitwa po lesie z atrapami pukawek. To były dwa (w marynarce wojennej trzy) skreślone z życiorysu lata. Chłopaki z miasta kombinowali jak mogli, żeby tej przyjemności uniknąć. Symulowanie psychicznych zaburzeń, wstępowanie do seminariów, dół niskopokładowej (w tych przypadkach nie dla szmalu wybranej) kopalni stanowiły popularne deski ratunku. Synowie gospodarzy wychodzili z Wojskowych Komend Uzupełnień uśmiechnięci i zadowoleni. Od kamaszy broniła ich obsiana zbożem ojcowizna.  

W czasach pustych półek i wszystkiego na kartki zawiść budziły wiejskie podwórka, z których dobiegało głośne gdakanie, chrumkanie i muczenie.   

Kasa niezgody

Epokę zaopatrzeniowego deficytu i powszechnego poboru wojskowego mamy dawno za sobą. Sznurka do snopowiązałek nie brakuje, uczelniane punkty za pochodzenie przestały być potrzebne, a mimo to władza wciąż skłóca chłopów z resztą społeczeństwa.  Tym razem czyni to za pośrednictwem Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego.

 
Bezpieczeństwo na wsi to przedmiot wzmożonej troski KRUS.

W naszym dynamicznie rozwijającym się kraju od czasu do czasu słyszalne są nieuzasadnione głosy niezadowolenia kolejnych grup zawodowych. Najbardziej gardłują górnicy i kolejarze. Notorycznie grożą strajkami (a niekiedy nawet je organizują), bo sprawiedliwa, roztropna władza próbuje wreszcie unormalnić ich ekonomiczną pozycję, znieść komunistyczne przywileje, rażące, materialne dysproporcje. Coraz śmielej mówi się o opodatkowaniu stanu duchownego. Skoro tak to, dlaczego mądry rząd i parlament drażnią „zusowców” KRUSEM? Swego czasu obiecywano likwidację tej wąsko adresowanej instytucji, dzisiaj półgębkiem napomyka się, o co najwyżej, jej reformie. Dotychczas, tylko napomyka.

NIK ma obiekcje

Ostatnio KRUS odwiedzali przedstawiciele Najwyższej Izby Kontroli. „Urzędnicy KRUS opieszali w kontrolowaniu ubezpieczonych - uważa Najwyższa Izba Kontroli. Kontrolerzy NIK ustalili, że pracownicy Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego sporadycznie sprawdzają, czy ubezpieczeni prowadzą działalność rolniczą, co sprzyja nadużyciom. Mogą to wykorzystywać osoby, które zapisały się do KRUS, żeby płacić mniejsze składki emerytalno-rentowe. Okazało się też, że KRUS nie korzysta z informacji, które mógłby otrzymać z innych instytucji państwowych, jak ZUS, NFZ, czy ARiMR. Bliższa współpraca pozwoliłaby skuteczniej sprawdzać, czy ubezpieczeni w Kasie rzeczywiście są do tego uprawnieni. W Polsce około półtora miliona osób jest ubezpieczonych w KRUS.” – informuje portal biznes.onet.pl.

Ostrzej ujmuje to dziennik.pl (http://gospodarka.dziennik.pl/emerytury-i-ofe/artykuly/419623,nik-nie-zostawia-s...): - „Rolnicze ubezpieczenia trafiły pod lupę NIK. Raport nie zostawia na KRUS suchej nitki. Urzędnicy są rozrzutni, system nie potrafi wyłapać oszustów, a reform jak nie było, tak nie ma.”.  

***

O swój wizerunek, zwłaszcza wśród istniejącej i potencjalnej klienteli, Kasa dba nienajgorzej. Kierująca jej śląskim oddziałem Irena Łaba nie stroni od osobistego pojawiania się tam, gdzie z sukcesem można zaprezentować ofertę firmy. Jest wysoce prawdopodobne, że uczestnictwo w posiedzeniu radnych z Komisji Rolnictwa jakiegoś powiatu ziemskiego będzie dla niej sympatyczne, a publiczność z zainteresowaniem wysłucha jej opowieści.


Na pierwszym planie dyrektor Ślaskiego Oddziału Regionalnego KRUS Irena Łaba.

Daleko posunięta troska

Mówić jest o czym, bo KRUS to nie tylko wypłacanie branżowych rent i emerytur. Dyrektor Łaba zwraca uwagę na działalność profilaktyczną oraz edukowanie rolników w zakresie właściwego użytkowania maszyn, narzędzi, urządzeń. Wypadkowość na wsi jest spora, a ciężkie zazwyczaj obrażenia ciała - skutkiem bezmyślności i lekceważenia przepisów BHP. Krusowskie kalendarze ścienne w poglądowy sposób uczą, czego unikać, by nie zostać kaleką. Radni dostają je w prezencie wraz z paroma innymi, pożytecznymi drobiazgami (odblaskową opaską na rękę, ekologicznym workiem na papucie dla przedszkolaka). W domu dzieci na pewno z tych gadżetów się ucieszą, natomiast dorośli, za co innego KRUS kochają. Chociażby za bezpłatną, wysokiego standardu opiekę nad tymi, którym praca w gospodarstwie zrujnowała zdrowie.


Wielce pouczająca działalność wydawnicza.

Pięć centrów i dwa ośrodki rehabilitacyjne mogą na jednym turnusie przyjąć tysiąc dwieście pacjentów. Te znakomite placówki rozlokowane są w równie znakomitych okolicach. Dobroczynny klimat, sycące wzrok krajobrazy Iwonicza, Jedlca, Kołobrzegu, Horyńca, Szklarskiej Poręby, Świnoujścia i Teresina stanowią uzupełnienie sumiennych starań fachowej kadry. Jak zapewnia Irena Łaba, czas oczekiwania na przyjęcie jest wyjątkowo krótki.

Zazdrość to wredne uczucie, ale trudno oczekiwać jej braku np. u wspominanych górników, których służba zdrowia, ośrodki wypoczynkowe i rozbudowana niegdyś socjalna infrastruktura uległy drastycznej redukcji. 

Jednak rozeznanych w sytuacji nie-rolników najbardziej kole w oczy łagodzenie rolnikom powszechnego wydłużenia wieku emerytalnego. Bez ziemi i zagrody na emerytury „częściowe” i „okresowe” przeciętny śmiertelnik liczyć nie może. W dodatku, wśród krezusów z KRUS są i tacy, co z „żywieniem i bronieniem” niewiele mają wspólnego.

Maciej Pawłowski


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi