Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2013-05-06

Na angielski w pieluszce? Dlaczego nie?

 

Przemysław Chrzanowski: Jak to się dzieje, że do szkoły językowej można przyprowadzać nawet trzymiesięczne dzieci? Przecież one o Bożym świecie jeszcze nie wiedzą.

Edyta Sobczyk-Kornacka, dyrektor Centrum Helen Doron w Wieluniu: - To ja odpowiem zadając pytanie: a kiedy dzieci uczą się swego ojczystego języka? Wszyscy wiemy, że ten proces rozpoczyna się od pierwszych chwil ich życia. Dzieci już w okresie niemowlęcym świetnie odbierają to, co dociera do ich uszu. Mimo że nie są w stanie jeszcze niczego wyartykułować, zatrzymują w głowach konkretne dźwięki. Krótko mówiąc, osłuchują się. To idealny moment, żeby prócz ojczystego, niejako podsunąć im drugi język. Wówczas w zupełnie naturalny sposób zaczynają przyswajać obcojęzyczne pojęcia, rozumieją ich znaczenia, potrafią na nie w określony sposób reagować. Dzieje się to mniej więcej tak, jak w rodzinach dwujęzycznych. Mama Polka, ojciec Grek, żyją w Niemczech - łatwo domyślić się, że ich potomstwo łatwo przyswoi sobie znajomość przynajmniej trzech języków. My staramy się stworzyć namiastkę podobnych warunków. Dziś wiemy, że ta metoda przynosi bardzo dobre efekty.

 
Przyjazna atmosfera, nagrane na płyty wesołe wierszyki i piosenki, nauczyciele
szkoleni do pracy z dziećmi i obecność rodziców – wszystko to sprawia,
że maluchy czują się bezpiecznie, chętnie się bawią i mówią w obcym języku.

Wiadomo, że godzinne zajęcia to nie wszystko. Żeby osłuchiwać się z językiem, trzeba na to mnóstwo czasu poświęcić w domu. A co w sytuacji, kiedy rodzice nie mówią po angielsku?

- Mamy do tego celu specjalne płyty CD. Są tam scenki rodzajowe, piosenki, krótkie dialogi. Włączamy je w tle, podczas zabawy, posiłków i innych codziennych zajęć. Przyjęliśmy, że w ciągu dnia dziecko powinno słuchać tego materiału co najmniej dwukrotnie. Zdajemy sobie sprawę, że słownictwo, które tam się pojawia nie jest proste, tak samo do zupełnie banalnych nie należą konstrukcje zdaniowe. Nie chodzi tutaj jednak o to, by uczyć świadomie gramatyki. Ale o stały kontakt z angielskim. Z językiem ojczystym jest podobnie: wiemy, że niemowlęta nas nie rozumieją, ale nie przeszkadza nam to w zasypywaniu ich setkami, bądź co bądź, trudnych zdań. Wracając do płyt, mówimy rodzicom, by nie starali się zmuszać dzieci do aktywnego ich odbioru. One nie muszą tego słuchać, one muszą to słyszeć. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu to mało istotny niuans, ale w procesie poznawczym na poziomie małego dziecka to kwestia niezmiernie ważna.

Sceptycy powiedzieliby, że aż tak wczesne nauczanie języka obcego nie powinno zaburzać szczęśliwego dzieciństwa. Wielu pewnie twierdzi, że na wszystko przychodzi właściwy czas - w tym także na zgłębianie tajników obcej mowy.

- Pamiętajmy, że na przykład dla dwulatka to nie jest przykry obowiązek. Uczestnictwo w zajęciach to przede wszystkim dobra zabawa. To spotkanie, podczas którego staramy się wykorzystać niesamowitą chłonność umysłów naszych maluchów. Przyswajalność wiedzy na tak wczesnym etapie jest porażająca. Mamy doświadczenie w pracy z dziećmi nieco starszymi, które zaczynają swoją przygodę z angielskim mniej więcej w wieku 7-8 lat. Z naszych obserwacji wynika, że jest im dużo trudniej odnaleźć się w nowej językowej rzeczywistości. Mają kłopoty z zapamiętywaniem, są mniej otwarte, nie czują się tak swobodnie jak ich młodsi koledzy. Ten dysonans szczególnie uwidacznia się z chwilą, kiedy nasi podopieczni rozpoczynają naukę w szkole podstawowej. Krótko rzecz ujmując: kompletnie odpada im jeden przedmiot. Ma to oczywiście również przełożenie na relatywnie wyższe oceny. Najważniejsze jest jednak to, że nasi wychowankowie nie mają w sobie żadnych zahamowań językowych. Nie boją się wykorzystywać angielskiego w praktyce nawet, jeśli ich wiedza jest niekompletna.


Aleksandra Ziomek, jedna z uczennic wieluńskiej placówki, odbiera
od Helen Doron główną nagrodę w konkursie „Kangi`s Adventures”.

A co z tą nieszczęsną gramatyką? W dawnym, tradycyjnym modelu nauczania języków obcych to od niej zaczynało się edukację.

- Nasz proces dydaktyczny składa się z następujących po sobie kursów. Wiadomo, że każdy kolejny wymaga opanowania nieco trudniejszych rzeczy. Co oczywiste, w którymś momencie zaczynamy stopniowo przemycać istotne zagadnienia gramatyczne. Ale robimy to „bezboleśnie”, nasi podopieczni nawet nie zdają sobie sprawy, że wkraczają w skomplikowaną materię. Warto w tym miejscu powołać się na niedawne badania, które dowiodły, iż nasze problemy komunikacyjne w krajach anglojęzycznych biorą się przede wszystkim ze kiepskiej wymowy i z braku znajomości odpowiedniego słownictwa. O złych konstrukcjach składniowych nikt tu nie wspomina. W szukaniu porozumienia nie chodzi przecież o to, by na siłę budować zdania podrzędnie złożone, ale o to, by zwyczajnie się dogadać. Nawet nasze testy sprawdzające budowane są na innej zasadzie niż te, obowiązujące w szkołach masowych. Nie skupiamy się na teorii, ale na praktyce. Stawiamy na przykład uczniów przed koniecznością załatwienia sobie wczasów zagranicznych. Trzeba napisać maila w tej sprawie, czy zaplanować rozmowę telefoniczną. Dzieci, które zaczęły osłuchiwać się z językiem przed ukończeniem 4-5 roku życia, w przyszłości nie będą miały problemu z przyswojeniem struktur gramatycznych języka angielskiego – jest im o sto procent łatwiej. Oczywiście nigdy nie jest za późno na naukę języka, ale z drugiej strony nigdy nie jest za wcześnie. Warto wykorzystać fakt, że mózg dziecka wchłania informacje jak gąbka.

Wróćmy do rodziców. Ich aktywna obecność we wczesnej edukacji językowej jest wyższą koniecznością?

- Proszę pamiętać, że najmłodsze dzieci objęte naszą opieką mogą mieć zaledwie trzy miesiące. Trudno sobie wyobrazić, by nie było przy nich rodziców. Jest to zresztą nie tylko kurs angielskiego, ale propozycja zajęć ogólnorozwojowych, podczas których uczymy świadomości własnego ciała, akceptacji siebie, świadomości przestrzeni. A poza tym, obrazowo rzecz ujmując, pomagamy budować połączenia nerwowe pomiędzy obiema półkulami mózgowymi. Ten trwający do trzeciego roku życia proces ma niebagatelne znacznie dla późniejszego przyswajania wiedzy. Liczba połączeń między prawą, a lewą półkulą ma ogromy wpływ na inteligencję, umiejętność uczenia się. W grupach 2-3-latków rodzice również uczestniczą w zajęciach, ale staramy się, by nie siedzieli jak w teatrze. Namawiamy ich do wspólnej zabawy, często są dla nas świetnym oparciem. Z reguły dorośli wychodzą z sali, kiedy dzieci są już w wieku przedszkolnym. Ale nawet wtedy cyklicznie zapraszamy ich do udziału w lekcjach otwartych. Mają wówczas okazję przekonać się jak duże postępy w nauce poczyniły ich pociechy.

Życie w waszej szkole to nie tylko godzinna lekcja raz (lub dwa razy w przypadku młodzieży) w tygodniu. To szereg dodatkowych zajęć dla dzieci i ich rodziców, imprezy integracyjne itd. Jakie atrakcje na stałe wpisane są w kalendarz waszych ponadnormatywnych zajęć? Jak wpływają one na budowanie waszej tożsamości oraz więzi z wychowankami?

- W ciągu całego roku takich wydarzeń jest wiele. Mieliśmy imprezę z okazji Halloween, zorganizowaliśmy wielki bal karnawałowy. W międzyczasie mieliśmy kilka mniejszych przedsięwzięć jak choćby spotkanie przedświąteczne, podczas którego malowaliśmy pisanki. Naszą tradycją są także piątkowe seanse kinowe, gdzie prezentujemy filmy w oryginale. Wszystko po to, by dzieciaki kojarzyły to miejsce jak najlepiej, by traktowały tę szkołę jak swój drugi dom.

To z kolei wpływa pewnie na ich motywację?

- Dokładnie tak. Zresztą cały czas staramy się budować optymistyczną aurę wokół nauczania języka. Chwalimy nawet wtedy, kiedy zdarzają się potknięcia. Jesteśmy orędownikami tzw. pozytywnego wzmocnienia. Proszę mi wierzyć, to naprawdę działa i to nie tylko w najmłodszych grupach, ale i podczas zajęć z młodzieżą gimnazjalną. Najlepsze efekty daje jednak samo pokazanie, że ten język obcy naprawdę do czegoś się przydaje. Pamiętam taką lekcję w grupie bodaj 11-latków, podczas której realizowaliśmy temat, dotyczący ciekawych obiektów architektonicznych. W podręczniku znaleźliśmy fotografię biblioteki publicznej w Kansas City w USA. Natknęliśmy się także na kontakt telefoniczny, więc postanowiliśmy spontanicznie sprawdzić, czy tam ktoś z drugiej strony się odezwie. Odebrała przemiła pani, której wytłumaczyliśmy, z jakich pobudek do niej zadzwoniliśmy. Porozmawialiśmy, dowiedzieliśmy się interesujących rzeczy na temat gmachu biblioteki... Po wszystkim dzieciaki długo siedziały z wrażenia wciśnięte w krzesła. Okazało się, że ten ich angielski na coś się przydaje, że po drugiej stronie globu chodzą ludzie, z którymi bez problemu można sobie porozmawiać. I to jest bezcenne.

Fot. Archiwum Centrum Helen Doron w Wieluniu

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi