Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2013-06-05
Data modyfikacji: 2013-06-07

Zielone wyspy kryzysu

 

W powiatowym mieście od dawna tyle się nie działo. Za masową imprezą następna masowa impreza, za festynem koncert, a po nim jeszcze jeden festyn. Oprócz tego niespodzianki dla węższych środowisk. Np. „największa w Europie Środkowo-Wschodniej”, cykliczna konferencja motoryzacyjna, o której wcześniejszych edycjach nikt dotąd nie słyszał.  Pod względem natłoku ekscytujących wydarzeń tylko Berlin, Londyn i Paryż mogą z powiatowym miastem konkurować.

Skąd ten wiosenny wysyp atrakcji? Ano za miesiąc odbędzie się referendum w sprawie odwołania gospodarza powiatowego miasta. Gospodarz pokazuje, że pozbywać się go nie warto, że jedynie przy nim może być tak radośnie, wesoło i ciekawie. 


Drugiej Chorwacji tu nie będzie.

Przyznać trzeba, że nie tylko zabawy ludowi proponuje. Po kraju krążą przywódcy słabnących i rosnących w siłę, czołowych i niszowych ugrupowań. Ci z niszowych zahaczają także o powiatowe miasto. Gospodarz wita ich z otwartymi ramionami i fotografem, polującym na najlepsze wspólne ujęcie. Fotki są potem ilustracją obszernych sprawozdań, przepojonych troską o obywatela, nasyconych ważkimi pytaniami gospodarza o przyszłość Kraju, lecz przede wszystkim przyszłość Małej Prowincjonalnej Ojczyzny.

***

Na co dzień może jest w niej ciekawie, ale nie aż tak wesoło. Co kwartał Powiatowy Urząd Pracy podaje coraz bardziej przerażające dane. Największa lokalna firma właśnie zwalnia ponad dwieście osób, co kierownictwo PUP kwituje przepowiednią pobicia wojewódzkiego rekordu bezrobocia. To znaczy, że wyłącznie na tej firmie opierała się dotychczas zatrudnieniowa statystyka, że nie stworzono żadnej, łagodzącej skutki kryzysu alternatywy.


Nie ma roboty, jest fontanna.

Terenowa władza nie ma sobie nic do zarzucenia. Chwali się podświetlaną, zainstalowaną przed dworcem kolejowym fontanną, zapowiada budowę ekskluzywnej galerii handlowej, pola golfowego i toru przeszkód dla młodych wrotkarzy. Ludzie nie wiedzą, czy śmiać się, czy płakać. Czy to kpina w żywe oczy, czy tylko przejęzyczenie? Niektórzy wrzucają w net retoryczne uwagi: - „Trzeba być kompletnie oderwanym od lokalnych realiów, by w mieście z szalejącym bezrobociem zaproponować handlową galerię. Kto kupi te luksusowe towary, panie prezydencie? Kto odwiedzi ten wspaniały sklep, skoro powiększającej się rzeszy mieszkańców z trudem starcza na suchą bułkę?”.

Fajne inwestycje na razie są w planach. Z tego, co już zrealizowano, obok fontanny wybija się zakup służbowego auta dla gospodarza miasta.


Unijna forsa rondami obrodziła.

Na innym szczeblu samorządowego rządzenia też dzieje się niemało. Do starostwa niespodzianie wpadło dwudziestu czterech wysłanych przez prokuraturę funkcjonariuszy. Rozpierzchli się po budynku, zarekwirowali stosik urzędowych dokumentów. W toczącym się od pewnego czasu śledztwie badana jest między innymi prawidłowość przeprowadzonych przetargów, a także zgodność z prawem powiększenia przez starostę swojej prywatnej działki. Napór organów ścigania zmusił go do wynajęcia jednej z droższych kancelarii adwokackich, oczywiście za pieniądze powiatu. Starosta najwyraźniej nisko ceni kompetencje podległych sobie, urzędowych mecenasów.

Pod koteryjnymi sztandarami

Polskę zalewa fala referendów i coraz częściej ten ulubiony przez Szwajcarów instrument bezpośredniej demokracji staje się w naszych przysiółkach skuteczny. To interesujące, zważywszy na społeczną bierność, niską frekwencję w powszechnych wyborach, ogólną niechęć do stawania przy urnach. Jeśli inicjatorom detronizacyjnych akcji udaje się przekonać większość do swoich argumentów, zebrać wymaganą liczbę podpisów, usunąć z fotela miejscowego władcę, to znaczy, że poziom zniechęcenia, poczucia beznadziejności i braku perspektyw przekroczył Rubikon tolerancji.


Chleba i pracy.

***

W prowincjonalnych mikroświatach wyraźniej i boleśniej odczuwa się rozliczne patologie władzy, przekształcanie kawałków Rzeczpospolitej w autonomiczne księstwa. Dopóki przeciętna rodzina ma co do garnka włożyć, dopóki można zapłacić za przedszkole i uregulować comiesięczne rachunki, polityczna rzeczywistość jest ludziom obojętna. Kiedy życiowa stabilizacja zostanie zrujnowana, wyostrza się wzrok i krytycyzm. Wtedy, jak na dłoni widać, że w najbliższej i nieco dalszej okolicy praca czeka na starannie wyselekcjonowanych. Na potomstwo gminnych notabli i przedstawicieli uprzywilejowanych rodów. Wtedy uważniej zaczyna się czytać niezależną od lokalnie mainsteamowego nurtu prasę, studiować Biuletyny Informacji Publicznej, przeglądać internetowe strony. Systematycznie sączą się z nich dawki przygnębienia: Zasłużony emeryt został płatnym (z publicznej kiesy) doradcą starosty. Jednomyślną większość w Radzie Powiatu uzyskuje się kupując radnych etatami dla ich dzieci. Pozorną opozycję tworzą obsadzani przez prezydenta powiatowego miasta dyrektorzy podległych mu placówek, a starosta i prezydent należą do tego samego ugrupowania. Wśród zwycięzców najbardziej lukratywnych przetargów powtarzają się nazwy tych samych firm. Niepokornych warchołów posyła się z wilczym biletem na zieloną trawkę. W organach wykonawczych zaostrza się frakcyjna walka, jedni na drugich składają (gdzie trzeba) kolejne donosy.


Wśród zaoranych pól szaleje bezrobocie.

Ta postępująca destrukcja demokracji nie ma partyjnych sztandarów. Ma sztandary zasiedziałych koterii i towarzysko-biznesowych powiązań.

Czy o take?

W stosunkowo nieźle prosperującym województwie śląskim zielonymi wyspami kryzysu są słabo zindustrializowane obszary uprawowo-hodowlane. W powiatach częstochowskim, myszkowskim, zawierciańskim bezrobocie przewyższa średnią krajową i w miejscu nie stoi. To prawda, że trudniej tu modernizować otoczenie, ale czy taką próbę faktycznie podjęto?

Przedkryzysowy, złoty czas unijnej hojności wykorzystano na to, co najłatwiejsze i doraźne. Na budowę rond i hal sportowych, ocieplanie szkół, stawianie parkowych latarń.  Odłogiem leżało dostosowywanie oświaty do potrzeb rynku, wzmacnianie naturalnego potencjału rozwojowego, jakim jest krajobrazowa atrakcyjność terenu. Tandetnymi, nieporadnymi językowo folderami i kalendarzami nie uczyni się z Jury drugiej Chorwacji, choć Jura na to zasługuje. Międzynarodowe kontakty, europejskie partnerstwo sprowadzały się do okresowych wizyt i rewizyt delegatów zaprzyjaźnionych urzędów. Przeznaczana na „aktywizację bezrobotnych”, gruba forsa została najnormalniej zmarnowana. Pozostało dojmujące przeświadczenie, że władza służy tylko tym, którzy po nią sięgnęli, że społeczeństwo jest jednorazowym narzędziem jej zdobywania.

Zawiedzionym, oszukanym, pozbawionym szans na spełnienie niewygórowanych marzeń ciśnie się na usta kultowa fraza klasyka: - „Czy o take Polske żeśmy walczyli?”.

Odpowiadają referendami.  

 

Maciej Pawłowski   


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi