Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-06-12
Data modyfikacji: 2010-11-05

Kawałek Afryki w środkowej Polsce

Każda miejscowość ma swą enklawę, niby to spójną z całą resztą, a jednak odrębną pod wieloma względami. Skomlin, słusznej wielkości wieś na krańcach województwa łódzkiego, ma nieformalną dzielnicę - z dziada pradziada Kapkazem zwaną. Dlaczego tak? Niektórzy w swych odważnych teoriach nawiązują do Kaukazu, pasma górskiego, gdzie w mitycznych czasach drapieżny orzeł wyżerał wątrobę cierpiącemu za miłość do ludzi Prometeuszowi. Ostatnio jednak bardziej niż klimaty kaukaskie, bliższe miejscowym są te, rodem z czarnego lądu.

Królowie sawanny

Na jednej z posesji, pomiędzy roślinnością całkiem europejską, nieruchomo tkwi gigantyczny... słoń. Na oko prawdziwy. Ma wielki usiska, trąbę lekko zadartą do góry, pękaty korpus, palisadowe kończyny i zgrabnie zawinięty ogonek. Spotkanie z takim monstrum mogłoby się skończyć, co najmniej stanem podwyższonego ciśnienia w organizmie. Największe zwierzę afrykańskiej sawanny rodem ze skomlińskiego Kapkazu nikomu jednak krzywdy nie wyrządzi. Mimo iż straszy swoimi kłami oraz groźnym spojrzeniem, w środku jest puste jak bęben miejscowej orkiestry dętej. Jego „matką” jest Henryka Kiczka, od lat znana i poważana we wsi dusza artystyczna.

Słoń od razu skupia na sobie uwagę każdego uczestnika prowincjonalnego safari, nieopodal jednak czai się król. Stale gotowy do ataku, zdaje się złowieszczo potrząsać rdzawą grzywą. W blasku słońca połyskują jego kły, którymi jest w stanie rozszarpać wścibskiego intruza... Ten to dopiero robi wrażenie! O kim mowa? O strzegącym wejścia do ogrodu lwie.

– Proszę się go nie obawiać – śmieje się pani Henryka. – To kukła, chociaż sama muszę przyznać, dość fajnie mi się udała...


Pierwszy był słoń. To od niego wszystko się zaczęło. Nie ma chyba nikogo
w okolicy, kto by nie „zawiesił” na nim oka.

Żelastwo, zaprawa i prawdziwe kły

Oba „egzemplarze” posiadają „skórę” z masy tynkarskiej, naciągniętą na szkielet z drutu zbrojeniowego. Całości dopełnia farba hydrokauczukowa, nie tylko nadająca zwierzętom odpowiednią barwę, ale i chroniąca przed wilgocią. Pani Henryka nie zapomina też o pozornie nieistotnych detalach. Słoń ma gustowne rzęsy (można by rzec: zalotne wręcz), a lew otrzymał, siejące grozę, uzębienie.


 Królowi sawanny należy się respekt. Wszak wielki jest, a w pysku „straszą” kły
zapożyczone od prawdziwego dzika.

– Kły pochodzą od najprawdziwszego dzika, ze skóry owego leśnego zwierzaka zrobiłam grzywę. Niestety po zimie nieco wyblakła, muszę ją na nowo ufarbować. Użyję do tego szamponu koloryzującego, lub barwnika do włosów. To prosta operacja – zapewnia.

W ogrodzie państwa Kiczków afrykański klimat wręcz dominuje. Podkreśla go szczególnej urody altana, którą gospodyni samodzielnie przykryła trzciną. Nieregularnie przycięte końcówki spiczastego dachu, drewniane wnętrze i rosnące wokół wysokie trawy ozdobne – wszystko to sprawia, że można poczuć się jak w afrykańskiej wiosce. Niczym bohaterowie filmów nieodżałowanego globtrotera Tonego Halika, mamy szansę stanąć oko w oko nie tylko z lwem i słoniem, ale i okupującą kamienną sadzawkę gigantyczną kobrą. Tuż nad nią swój dom ma czająca się wśród konarów puma. Pani Henryka zamierza ją nieco ożywić, nadając jej nowe, bardziej świeże umaszczenie.


Pani Henryka ma u siebie także groźną kobrę. Lepiej zatem nie kręcić się
w pobliżu kamiennej sadzawki.

– W ich naturalnym środowisku temperatury nie spadają poniżej zera. Tymczasem u nas siarczyste mrozy robią swoje. Mimo iż są to istoty ciepłolubne, w naszym ogrodzie wegetują czasem po uszy w śniegu przez całą zimę. Nic, więc dziwnego, że się potem nieco odbarwiają – dodaje z nutką humoru.

Długa szyja w afrykańskim raju

Egzotyczna menażeria będzie tu jeszcze liczniejsza, pani Henryka ma w planach stworzenie zebry oraz żyrafy. – Nie wiem jeszcze jak się z nią uporać, kłopotliwa będzie szyja, pewnie będę musiała kogoś zaangażować do pomocy. Pewnie będzie to mój mąż, nigdy mi nie odmawia. Zwykle zatrudniam go w roli konstruktora i spawacza metalowych szkieletów – snuje nowe koncepcje pani Henryka.

– Zadanie to nie będzie proste, żyrafa z tą swoją długą szyją, musi mieć zachowane wszelkie proporcje. No i trzeba będzie intensywnie popracować nad jej stabilnością. Nasze nowe zwierzę samo musi pewnie trzymać się na nogach – wtrąca Stanisław Kiczka, mąż skomlińskiej artystki.

Marzenia spełniają się na emeryturze

Pani Henryka sztuką lubiła się bawić od dziecka. Z nostalgią wspomina czasy, kiedy nie licząc godzin nocami ślęczała nad swoimi plastycznymi projektami. Oddawała się bez reszty życiowej pasji. – Ale jakoś nie miałam możliwości, by te talenty realizować. Wywodzę się z bardzo konserwatywnej rodziny. Takiej, w której panowało przekonanie, iż kształcić się powinni, co najwyżej mężczyźni. Tak się jakoś potem szybko stało, że wyszłam za mąż. Następnie na świat przyszły dzieci, a i spora gospodarka była do obrobienia. Nie miałam wtedy czasu na malowanie, czy rzeźbienie. Czasem, coś tam udało mi się stworzyć, prócz obrazów w oleju, malowałam różne widoki na ścianach naszego domu. Nieco później sportretowałam swoją córkę i siebie samą. W moim dorobku są także obrazy o tematyce sakralnej. Namalowałam ostatnią wieczerzę oraz wizerunek Jezusa Miłosiernego – wspomina.

Ostatnio po pędzel skomlińska artystka zaczęła sięgać nieco częściej. A to za sprawą niezwykle szczytnej akcji na rzecz remontu placu zabaw przy miejscowym przedszkolu. Stworzyła sześć obrazów, które potem zlicytowano na lokalnym portalu internetowym (www.skomlin.com.pl).

Rzeźba? Dlaczego nie?

– Cały czas szukam dla siebie nowych wyzwań. Niedawno odkryłam, że bardzo pociągającym zajęciem jest rzeźbiarstwo. Najpierw powstał oczywiście krzyż, zrobiłam go z drewna topolowego – mówi Henryka Kiczka.

Potem pojawiły się aniołki, jakby „żywcem” wzięte z tutejszego zabytkowego kościółka oraz wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Każde z dzieł budzi podziw, można zachwycić się nie tylko starannością ich wykonania, ale i zaskakującą kompozycją detali.


Pośród dzikich zwierząt dobrze czuje się... anioł. Po tym, jak „odsłużył” swoje przy
bożonarodzeniowej szopce w kościele, artystka zabrała go do swego eklektycznego ogrodu

Pani Henryka tworzy ornamenty, którymi ozdabia lustra, toaletki i ściany przedpokoju. Ostatnio z pietyzmem wyrzeźbiła misterną obudowę kominka. Niestety swoją twórczość, swego czasu, okupiła dotkliwą kontuzją.

– Kupiłam sobie wówczas elektryczny zestaw do obróbki drewna. Przyrządy te przypominają nieco narzędzia dentystyczne. Co prawda, znacznie ułatwiają pracę, ale przez nie nabawiłam się urazu, z którym męczyłam się przez parę miesięcy. Drgania szlifierki spowodowały, że zaczęły mi drętwieć palce, ale teraz jest już w porządku – opowiada.

Kościół natchnieniem

Skąd czerpie natchnienie w swym rzeźbiarskim fachu? Podpatruje pewne rozwiązania we wspomnianym kościele. Jak przekonuje, mogłaby tam przesiadywać całymi dniami i patrzeć na cudowne, rokokowe figury.

Z świątynią jest zresztą związana od niepamiętnych czasów, wszak od wielu lat angażuje się też w przygotowanie bożonarodzeniowych szopek, Grobów Pańskich na Wielkanoc, dekoracji adwentowych i komunijnych oraz ołtarzy na Boże Ciało. Na tym nie koniec. Nikt w okolicy nie wyobraża sobie, by ktoś inny mógł zająć się wyplataniem dożynkowych wieńców. Jeden z nich przez kilka lat stanowił część ekspozycji Muzeum Ziemi Wieluńskiej.

– Nie była to tradycyjna plecionka z kłosów zbóż, a prawie naturalnych rozmiarów chłop, płaczący nad swoją marną dolą. Miał kosę i siedział na workach z ziarnem, którego wówczas nigdzie nie można było sprzedać. Aby było bardziej wymownie przyozdobiłam go czarną wstęgą.... –  wspomina.

– Wieniec tak bardzo spodobał się władzom powiatowym, że zabrano go na jakiś czas do wieluńskiego starostwa. Jak się dowiedziałam, chłop później trafił do muzeum.

Mimo, że do tegorocznego święta plonów jeszcze kawał czasu, pani Henryka już ma kilka zamówień z okolicznych wsi. A tu jeszcze po drodze statuetki trzeba wyrzeźbić dla nauczycieli jednej ze szkół, afrykańskiego ogrodu stale doglądać...

 – No i oprócz żyrafy, wyrzeźbić Murzyna. Przecież ktoś nad tym rajem musi panować w chwili, kiedy wpadną do mnie dzieci...–  kwituje z uśmiechem.

 

Przemysław Chrzanowski

Fot. autor

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi