Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-06-18
Data modyfikacji: 2010-11-05

Agroturystyka na Słowacji. Jak to się robi u naszych sąsiadów?

Polska Ludowa nie była krainą szczęśliwości, jednak cudownym zrządzeniem losu zdołała uchronić się przed niektórymi zdobyczami socjalizmu. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby, jak w innych częściach bloku, jej rolnictwo całkowicie skolektywizowano. Popegieerowskie tereny są przecież symbolem skrajnego zacofania, ekonomicznej i społecznej degrengolady.

Media skutecznie utrwaliły ich wizerunek, jako pozbawionych wszelkiej nadziei planet, których mieszkańcy wiodą żywot bardziej roślinny niż ludzki. Nie mają dążeń, aspiracji, ich potrzeby zredukowane są do codziennej dozy zaprawionego dwutlenkiem siarki, owocowego sikacza. To właśnie te rejony biją krajowe, a więc i europejskie, rekordy bezrobocia i biedy. Pytanie tylko, czy rzeczywiście byłe pegieery są temu winne?

Jeśli za prawdziwe uznać hasło „wczorajszy kołchoz =  dzisiejszy bród, smród, nędza i ubóstwo”, to, nie licząc terytorium NRD wchłoniętego przez bogate Niemcy, powinniśmy być prawdziwym Eldorado wśród postkomunistycznych członków UE (gdyż tylko u nas ostały się indywidualne gospodarstwa). Zgodnie z tym rozumowaniem, taka na przykład słowacka wieś musiałaby być adresatem humanitarnej pomocy, przedmiotem troski Organizacji Narodów Zjednoczonych, tematem debat grupy „G8”. Tymczasem ludność obeców (odpowiedników naszej gminy) ma się całkiem nieźle i ciągnie niemałe zyski z tego co podarowała natura.

Rodzinny interes

Godzina jazdy samochodem dzieli Vrbov od przejść granicznych w Niedzicy i Łysej Polanie. Wbrew opinii o dobrych słowackich nawierzchniach, droga mieści się raczej w polskich standardach. Tatrzański krajobraz urozmaicają stada owiec strzeżone przez pojedynczych pasterzy i pieski. Po ich koncentracji lub rozbiciu na rzadkie grupy można poznać fachowość zarówno jedynej w grupie istoty dwunożnej, jak i szczekającego pomagiera. Na trasie dominują Skody rozmaitych roczników przetykane ciągnikami Zetor. Wokół smreki, łąki, niebieskawe szczyty z pasemkami bieli. Pojawienie się solidniejszej, gęstszej zabudowy oznacza bliskość Vrbova.

Do gminnego urzędu skręca się w prawo, do chałupy Oraveców w lewo.  Pomalowany na beżowo piętrowy domek stoi w charakterystycznym ciągu przytulonych do siebie budyneczków z łukowatymi bramami. Sąsiadami Oraveców są lubiący siadywać na schodkach, spokojni Cyganie. Na tej bocznej, wznoszącej się uliczce rojno od aut z polskimi rejestracjami. One zresztą królują w całym Vrbovie.

Jan Oravec pochodzi z innych okolic. Jest na emeryturze, kiedyś pracował w zakładach drobiarskich, dwa lata temu postanowił zarabiać na nieruchomości odziedziczonej po teściach. Wraz z córką Andreą, synem i synową prowadzi ten rodziny interes. Jak przystało na właścicieli pensjonatu, nie tylko w nim nie mieszkają, nie mieszkają też w samym Vrbovie.

Andrea jest nauczycielką w podstawówce, ale szukający kwatery turysta zawsze może ją dorwać pod komórkowym telefonem. Brat dogląda robotników rozbudowujących „penzjon”.

Podwóreczko posesji otacza stroma skarpa, na jej szczycie fachowcy wykańczają obszerną altanę z fnatazyjnym  kominkiem i stanowiskami do grilowania. W penzjonie jest osiem pokoi dla 27 gości. W każdym ubikacja, łazienka z natryskiem, telewizor podłączony do kablówki. Na parterze samoobsługowa jadalnia z kuchenką gazową, lodówką, kompletem naczyń i sztućców. Andrea marzy o restauracji z regionalnymi daniami. - To na razie melodia przyszłości – realistycznie ocenia plany jej tata.

Dwudziestominutowy spacer dzieli ich posiadłość od wybudowanego na źródłach termalnych kąpieliska. Po drodze można zaopatrzyć się w „potravinach” - klasycznym gieesowskim sklepiku z lat 70. - Kapitalizm jeszcze do nich nie dotarł – komentuje rodaczka wiadomość, że w niedzielę potraviny nieczynne.

Wszystko pod ręką

Ów zespół wielofunkcyjnych basenów to tryumf polskiego celulitis. To taka nasza mała ojczyzna na obczyźnie. Według Jana Oraveca, 80 procent przyjezdnych stanowią Polacy. Przybywają z Małopolski, Śląska, Mazowsza, Kujaw. Na weekend wpadają tu nawet z krajobrazowo tożsamego Podhala, z uzdrowiskowych okolic Krynicy Górskiej.

Pływacko sprawnych kusi olimpijski basen, fizycznie cierpiących - gorący brodzik z dobroczynną, zbukowato woniejącą wodą, dzieci okupują kręte zjeżdżalnie. Doraźne usługi oferują masażyści. W punktach gastronomicznych taśmowo wydawane są obiadowe zestawy, strumieniami leje się piwo, do dyspozycji jest pełna gama mocniejszych trunków. Gdyby nie limit godzin otwarcia, można by w ogóle stąd nie wychodzić. 

Kąpielisko powstało jeszcze za komuny. Po połowie dzielą się nim: związek wędkarski i prywatni biznesmeni. Dzięki niemu nie najgorzej egzystuje cała okolica. - Na początku mieliśmy swoich naganiaczy. Chłopaków, którzy czyhali na auta z Polski i proponowali nocleg. Teraz na turystów nie musimy polować – mówi Oravec. Pensjonat rozbudowuje za pieniądze z kredytu: - Mógłbym starać się o pomoc z Unii Europejskiej, ale za dużo z tym papierkowych korowodów.

W czechosłowackim Vrbovie, jego mieszkańcy byli wielką załogą tamtejszego pegieeru. Dzisiaj z rolnictwem łączą ich przyzagrodowe działki. Większość celuje w turystykę. Na niemal każdym domu tablica głosi, że tu znajduje się „privat” (kwatera), że nie ma problemu z „ubytovaniem” (miejscem do spania), Jan zapytany, czy ludzie działają w ramach jakiejś wspólnej organizacji przecząco kiwa głową. - Nie jesteśmy świetnie kooperującymi ze sobą Niemcami, nasza mentalność jest jeszcze komunistyczna – twierdzi, dodając przysłowie o tym, że na spółkach wychodzi się fatalnie.

Z tą mentalnością, to chyba przesada. No bo skąd biorą się te rusztowania przy nowo budowanych penzjonach? Skąd pomysł stworzenia w nieodległej Velkej Lomnicy pola golfowego dla turystów z „górnej półki”? Skąd w Internecie oferta właścicieli „MIESZKANIA PRYWTANEGO Nr 258: - „Mała, małownicza wiesz nachodząca się u podnóża Tatier, między miastami Kežmarok i Poprad.  Polecam ten rejon wszystkim, którzy podrużują samochodem, ze wzglądu nato, że jest jak bym to powiedzieł, wspaniały punkt na różne wycieczki i okręgi. Po całodziennej wycieczke czekają na Was uspokające żródła termalne. Baseny są otwarte: 9-00 - 17.00 i wieczórem 18.00 - 22.00. Siedem basenów z niezwykle wodą lecznicą na mięśnie, reumatismus, nerki, serce, no i na astmatyczne zachorowania naczyń, jak i na różne pozawałowe stany.  Najbardzej woda lecznica w Európie Środkowej - stosowana do picia. Różna głębokość basenów, jak i różna temperatura wody w basenach zapewnia, że każdy użyje sobie. Znajdziecie tam różne baseny, od basenu do pływania - 27°C do basenu na siedzenie z ciepłotą koło 40 °C. Niektóre mają otwóry do masażu z gejzerów wodnych, które Wam doskonałe wymasyrują zbolałe ciało. W pobliżu basenów znajduje się zjeżdzialnia wodna i dużo stoisk z przekąskami, jak i restauracja. Nasz dom wikendowy Nr 258 znajduje się bezpośrednio w centru Vrbova, niedaleko kompleksu termalnego. Parking jest zabezpieczony bezpośrednio na podworze, nie jest potrzebne płacić parking przy kąpielisku.

W domu nachodzi się przedpokój, duża kuchnia - wyposażona kompleksowo, łazienka z wanną i WC, 3 pokoje /1x2, 2x4/. Za domem znajduje się terasa na posiedzenie na zewnątrz i duży ogród z możliwością ogniska i sportu...

Dom jest do wynajęcia tylko jak komplet. Turnusy są od soboty do soboty.

Cena za dom i tydzień jest 330 EUR.

Cieszymy się z Waszej wizyty.”. 

Im saksy niepotrzebne

Polacy mają we Vrbovie fulwypas. Kościół, co prawda, przepychem nie poraża, za to dysponuje świetnym chórem, profesjonalnie wykonującym bardzo melodyjne religijne pieśni. Po niedzielnej mszy okazuje się, że jednak „kapitalizm do nich dotarł”, a skoro jest klient, to i potraviny otwarte być muszą.

 

Minęły czasy cenowej atrakcyjności Słowacji. Wypoczynek, paliwo, produkty spożywcze i alkohol kosztują mniej więcej tyle co w Polsce. Dlaczego zatem tak ciągnie nas do nich?

Ano dlatego, że Słowacy promieniują zaraźliwą energią. Że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, a w krótkim okresie własnej państwowości stali się, być może bardziej od nas, europejscy. Tam nie narzeka się na rzeczywistość, w sezonie właściciel strategicznego kawałka ziemi nie paraliżuje trasy  narciarskiej, będącej żyłą złota. Tam nikt nie tęskni za wyjazdem do Irlandii.

Vrbovianie mogą być dumni, że po rozpadzie Czechosłowacji sami  wzięli się za gazyfikację i budowę wodociągu. Cyfry odlane na żelaznych pokrywach studzienek świadczą, że miejscowość skanalizowano cztery lata temu. W Polsce przez ten czas kolejne pokrywy już parokrotnie lądowałyby w skupie złomu, zaś studzienki ziały otworami.

***

Bolek do Vrbowa przyjechał w sobotę rano, wyjechał w niedziele. Choć powrót wymagał pokonania zatłoczonej „zakopianki”, wycieczki nie żałuje: - Odpocząłem, wymoczyłem się ile wlezie, wygrzałem stare kości. W tym roku zajrzę tam jeszcze kilka razy – oświadcza, wierząc zapewnieniu vrobovskiej ulotki reklamowej: „Zlepszenie zdrowia uwidzicie po 3-5 wizytach”.

Maciej Pawłowski

 

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi