Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-06-25
Data modyfikacji: 2010-11-05

Okiem kamery chce łypać na świat

 

Na świat przyszedł 34 lata temu. Niby nie tak dawno, a zdążył najeść się chleba z niejednego pieca. Jego żywot wart jest skreślenia kilku słów. Dlaczego? Bo Rafał Przybył to facet nietuzinkowy. Z milionem wariackich pomysłów w głowie, krytycznym podejściem do rzeczywistości i talentem… Jego miłością stał się film. Zanim dane mu było „skręcić” pierwsze kadry, życie go nie oszczędzało. 

Dwa słowa o sobie

- Urodziłem się we Wrocławiu. Mieszkałem na ul. Cybulskiego, znajdował się przy niej Wojewódzki Komitet Partii. Co jakiś czas ulica była zamykana, bo komitet wizytowali notable z Warszawy. Podobno dziadek musiał wtedy dobrze pilnować psa... Potem, ze względu na trudne warunki mieszkaniowe, ojciec znalazł robotę w okolicach Żagania. Pracował w elektrociepłowni obsługując panel sterowniczy pieca. Mama siedziała w kadrach cegielni (sprzedała kiedyś 2000 cegieł typu klinkier Jackowi Wszole). Tam w Gozdnicy pierwszy raz byłem na prawdziwym koncercie. Zresztą - na dwóch. Na topie było wtedy „Nie ma wody na pustyni” i „Józek - nie daruję ci tej nocy”. Mama przyniosła do domu dwie wejściówki. Jedną na 16.00 a drugą na 19.00. Mogłem iść tylko na pierwszy rzut, gdyż o 19.00 miałem próbę do pierwszej komunii. Pierwszy koncert spodobał mi się do tego stopnia, że Bajm jest chyba jedynym zespołem, na którego koncercie bawił się ktoś z gromnicą i w garniturze. Matka była wściekła, pół miasteczka o mnie mówiło -  z nostalgia wspomina Rafał Przybył.


Rafał Przybył prowadzi zajęcia z dziećmi z Osieka

 


Wraz z nimi nakręcił film o tej niepozornej wsi, leżącej na granicy Wielkopolski i Ziemi Łódzkiej

 

Później nadeszły chwile trudnych wyborów. Ojciec Rafała stracił nogę w wypadku, na wsi zmarł ojciec jego mamy, babcia zaczęła niedomagać. Zapadła więc wartka decyzja o przeprowadzce do podwieruszowskiego Wyszanowa. Jego życie wywróciło się nagle do góry nogami: -  Kiedy ściągnęliśmy na wieś, okazało się że toaleta jest na dworze a woda w studni. Nagle spadł na mieszczucha obowiązek wypasu krowy, karmienia królików i wywalania obornika od świń. A wtedy, jak to przy wypasie, pojawiły się marzenia. Zadzierało się głowę do góry, a tam samolot…

Wszystkie drogi prowadziły do teatru

Niestety nie udało mu się dostać do Szkoły Orląt w Dęblinie (przewlekłe zapalenie błony śluzowej nosa). Odpadł w przedbiegach, ale dopiero po rozmowie z Hermaszewskim. Jeśli nie samolot to zwierzęta. W telewizji pokazali szkołę - Technikum Weterynaryjne. Okazało się, że są w kraju tylko cztery takie. Uparł się. Nikt w niego nie wierzył, a jednak się dostał. I, jak dziś wspomina,  to był chyba najwspanialszy okres jego życia. Z nauką nie było problemu - jeśli był na nią czas. Ale okazało się, że więcej tegoż czasu poświęcał na kabaret, stworzony wspólnie z kolegami. Dużo podróżował. Celem były kina i teatry Poznania, a wśród nich najbardziej ukochany - Teatr Nowy.

- Tam podziwiałem Krystynę Feldman, Witolda Dębickiego i najważniejsze: udało mi się zobaczyć Tadeusza Łomnickiego, gdy zmierzał na próbę „Króla Leara”. Na kolejnej zmarł. Nie zapomnę też „Nawróconego w Jaffie” z Januszem Gajosem. Jednocześnie wciąż coś tam pisałem. Pewnego dnia ogłosili konkurs na piosenkę autorską. Napisałem tekst, ale trzeba go było wykonać przy własnym akompaniamencie. Jednocześnie dowiedziałem się, że jest sporo do wygrania. Jak sporo, no to zacząłem siedzieć po nocach nad gitarą. C, A, E, G... I tak na tych czterech akordach wygrałem.  Niestety potem uderzyła mi do głowy woda sodowa, imprezy wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Kiedyś zainteresował się moim pisaniem Krzysztof Daukszewicz. Przyjechał do mojego domu w Wyszanowie, ale ja miałem co innego w głowie. Teraz mogę tego tylko żałować – opowiada.

No i nagle zaczęli „kolbami łomotać” i do wojska wzywać

Rafałowi przypomniało się, że nie dostał się do szkoły aktorskiej. Odpadł przy samym końcu. Trzeba się było chować. Padło na Studium Pielęgniarskie w Ostrowie. Następnie, uciekając przed kamaszami, dotarł do Warszawy. Tam przyjęli go do Animalsów. - W nocy pracowałem w lecznicy, a w dzień w schronisku na Paluchu koło Okęcia. Co jakiś czas jeździłem z Agatą Młynarską na festyny, gdzie ona była na scenie, a ja z tymi psami na zapleczu. Podawałem jej zwierzaki ze schroniska, a ona ofiarowywała je ludziom. Ale i tu miejsca nie zagrzałem zbyt długo. Postanowiłem, że zostanę listonoszem w mojej i ościennych wsiach. Jak to później mawiał mój profesor - to był olbrzymi zastrzyk dla mojej bazy danych eklektycznych. Ruszałem rano, spotykałem ludzi i gadałem z nimi do woli. To było cudowne. Ale wreszcie przyszedł moment zastanowienia. Zdałem na Uniwersytet Wrocławski na wydział filozofii. Platon, Sokrates, logika... Po roku czasu, mimo bardzo dobrych ocen, doszedłem do wniosku, że nie mnie się zastanawiać nad losem, tylko czynić mi go trzeba.

No i się zaczęło

Najpierw ubierał zwłoki, pracując w jednym z prosektoriów. Później wybrał resocjalizację.

Jedna z ciotek załatwiła mu lepszą pracę - na parkingu. Pilnował samochodów. Pracodawca był super, o nic nie pytał, płacił bardzo dobrze. Którejś nocy dowiedział się dlaczego - wpadli panowie w kominiarkach z policyjnymi legitymacjami i powiedzieli mu, że pilnuje samochodów... kradzionych. Skończyło się na wyjaśnieniach. - Coś mam w tym losie szalonego, bo już na drugi dzień w jakiejś gazecie dolnośląskiej znalazłem ogłoszenie o pracy. Pojechałem do Małkowic, siadłem naprzeciw pani dyrektor i ta powiedziała, że mnie przyjmie pod jednym warunkiem - zapnę koszulę i zwiążę włosy. I tak zostałem wychowawcą najstarszej grupy dzieci w miejscowym domu dziecka. Tam wysłuchałem wielu historii, w wielu uczestniczyłem. To było jakieś niesamowite miejsce - wieś z klasztorem zamienionym na bidula. No i te dorosłe dzieci, co miały żal za kiepski przepis na ten świat – wspomina, trawestując słowa dawnego przeboju. 

Nastał czas miłości

Spotkał kobietę i wrócił na wieś. Zaczął szukać zajęcia, pojechał do Ostrzeszowa. Zawsze twierdził, że to miasto umiało go wykorzystać. Najpierw pracował w Ostrzeszowskim Centrum Kultury, a ponieważ miał doświadczenie w pracy z niepełnosprawnymi, ściągnęli go do Środowiskowego Domu Samopomocy. tam pracował aż do tego roku - 10 lat. - To niesamowite brać udział w oswajaniu ludzi z innością. Pamiętam, byliśmy jedyna grupą, która systematycznie zaczęła wychodzić „w ludzi”: ulica, targ, sklep… Na początku wzbudzaliśmy zainteresowanie. A teraz? Proszę jechać do Ostrzeszowa i rozejrzeć się: niepełnosprawni są integralną częścią społeczeństwa. Widać to jak na dłoni. I nie mówię na złość nikomu, ale to miasteczko z Basztą ma jakiś czar. To przecież ludzie stamtąd zobaczyli, że coś tam skrobię. I jeśli dziś jestem w rubryce „Postawy”, to przede wszystkim dlatego, że miałem szczęście trafić na osoby z genialnymi postawami właśnie – opowiada z zacięciem.

Na drodze stanął mu Wajda

Znów zaczął pisać. Co jakiś czas gdzieś go tam drukowali. Któregoś razu przeczytał o przedsięwzięciu Fundacji Wyzwania, która wraz z Andrzejem Wajdą zorganizowała ogólnopolski konkurs na scenariusz.


Na swojej drodze dane mu było spotkać mistrza Andrzeja Wajdę
(Rafał Przybył w głębi, w żółtej bluzie)

Wysłał kilka swoich pomysłów i zajął trzecie miejsce. Najlepiej opowiada o tym sam:

– Kochałem „Kanał”, kochałem „Popiół i diament”, nie cierpiałem „Brzeziny”, ale nagle miałem możliwość połechtania własnej próżności ocierając się o Wajdę. Był szampan, rozmowy… Wróciłem i życie toczyło się normalnie aż do czasu, gdy zobaczyłem w Gazecie Wyborczej ogłoszenie o tym, że Wajda zakłada wraz z Marczewskim szkołę reżyserii filmowej. Wiedziałem, bo jasno w gazecie napisane było, że szkoła ta przeznaczona jest dla młodych ludzi filmu (choć bez ograniczenia wiekowego). Miałem 28 lat i jedyne co z filmem związane, to konkurs na scenariusz. Nigdy bym tam chyba nie złożył papierów, gdyby nie moja była kierowniczka ze Środowiskowego Domu Samopomocy Małgorzata Dłubak. Pierwszy etap był listowny - trzeba było wysłać swoje pomysły. Postawiłem na „Sprzątaczkę”, historię o biednej polonistce, nie mogącej pracy znaleźć. Napisali, żeby przyjechać na drugi etap rekrutacji czyli rozmowę z mistrzami I to piękne było. Zjawiłem się tak wcześnie w Wytwórni Filmowej, że  jakaś pani odnotowała moje nazwisko i pokazała palcem, w która stronę na miasto. Gdy wróciłem w kolejce czekał juz Sławek Fabicki (był nominowany do Oscara za „Męską sprawę"), drugi był jakiś  facet, co to pracował przy nowej wersji „W pustyni i w puszczy”, trzeci jakiś ulubieniec Kieślowskiego itd… Byłem daleko z tyłu. Ale siadłem naprzeciw Marczewskiego, Łozińskiego i Żebrowskiego. Zapytali się czego w życiu chcę, jaki film „buczy” mi w głowie. Pogadaliśmy, a potem przyszło zawiadomienie o następnym etapie. Tu było nas 24 i tylko 12 Wajda miał przyjąć. Przysłali zdjęcia aktorów i powiadomili, że trzeba ich wyreżyserować do własnoręcznie napisanej scenki. Pierwszy raz w życiu miałem robić takie coś! Scena kulała, ale mnie przyjęli. I tak naprawdę trafiając na Wajdę trafiłem na wspaniałych ludzi. To Marczewski, Łoziński, Stanisław Rózewicz, Małgorzata Potocka, Janek Wieczorkowski i wielu innych."

Ola

- Nie zapomnę 14 czerwca 2002 roku – ciągnie dalej. - Szkoła Andrzeja Wajdy, oglądamy mecz we czterech. Obok za drzwiami siedzi mistrz i coś skrobie. Polacy wygrywają z USA 3:1. W pewnym momencie wychodzi Wajda i wręcza mi list. Napisał mi, że nie podobała mu się moja obsada w pewnym ćwiczeniu. Wziąłem jedną z popularnych aktorek serialowych. Mistrz się na mnie wściekł (miał tak zawsze – nie mówił gorzkich rzeczy, a pisał je). Ale ja nie o tym... Właśnie wtedy - w tym momencie rozpoczynała się historia, która na następne 5 lat przewróciła moje życie. Jak się potem okazało - o tej porze zamordowano w Biadaszkach kilkuletnią Olę Bielewską. Dowiedziałem się o tym najpierw z telewizji. Ooo - koło mnie - pomyślałem. Gdy wróciłem z Warszawy po tygodniu, zainteresowałem się tą historią. Nie ukrywam, że przede wszystkim chciałem zrobić dokument. Wiedziałem, że podejrzewają tatę Oli. Najpierw pojechałem sam, bez kamery. Porozmawiałem z ludźmi - mama Oli zgodziła się na to, by towarzyszyła jej ekipa filmowa. Zadzwoniłem do kolegi ze szkoły Wajdy - Jędrzeja Niestroja - wiedziałem, że ma sprzęt i doświadczenie. Od tej pory  jesteśmy już przy tym dokumencie razem. Wspólnie robimy ten film.

Rafał Przybył twierdzi, że praktycznie od początku wiedział, kto kryje się za zbrodnią. Wszystko wskazywało na to, że makabrycznego czynu dopuścił się młody człowiek doskonale znany rodzinie Oli.. - Nie kosztowało to wiele zachodu. My po prostu się przypatrywaliśmy, słuchaliśmy - nie było to żadne śledztwo - po prostu pokora i chęć profesjonalnego zebrania materiału. Gdy to już wiedziałem, wiedziałem też, że mamy wyjątkowy materiał. Mieliśmy zdjęcia (mamy je nadal) ze spotkań mordercy z matką dziewczynki, kiedy ten nie był jeszcze podejrzewany – opowiada lekko zdenerwowany. - Kiedy wreszcie aresztowano Roberta B. byliśmy pewni, że udało nam się zrobić coś wyjątkowego. Dotknęliśmy prawdy o zaginięciach w Polsce. Nie chcę generalizować, ale zaginiecie Oli pokazało opieszałość w działaniu niektórych służb (aresztowany niewinny ojciec Oli), brak komunikacji miedzy policją a matką, wlokące się procesy, odwołania, od nowa, od nowa... Dowiedliśmy też, że tak naprawdę, gdyby nie rodziny i zwykli ludzie, to w ciężkich chwilach zostajemy sami. Żadna instytucja nie miała pomysłu na to, jak zadbać o cierpiących ludzi…

Film nie powstał, ale powstanie

Rafał poszedł do telewizji, chciał wsparcia przy realizacji dokumentu. Przyjęli go z otwartymi rękoma, ale jego projektu ostatecznie nie zdecydowali się sfinansować. Nie było pieniędzy nie tylko na film, ale i życie. Żeby dojeżdżać do pracy w Ostrzeszowie musiał mieć bilet. – miesięcznie jakieś 150 zł. Pomyślał, że zaoszczędzi.  Wsiadł na rower i zaczął pedałować. Deszcz nie deszcz - w jedna stronę 23 kilometry. A to wszystko na chleb dla dzieci, bo o innym dziecku mu się filmu zachciało… (sam tak komentuje sprawę).

- No i gdy tak jeździłem tym rowerem, to miałem czas na przemyślenia. Akurat tez zadzwoniła pani, co produkuje podręczniki dla dzieci. Udało mi się coś tam napisać i tak moich wierszy i piosenek będą się uczyć dzieci w szkole w klasach I-III – dodaje z zadowoleniem.


W Weston nad Kanałem Bristolskim

***

Dziś Rafał Przybył przebywa w Anglii. Poprawia finansową kondycję domowego budżetu i ciągle myśli o skończeniu filmu o Oli Bielewskiej. Wierzy, że się uda. Przecież całe życie chciał okiem kamery łypać na świat.

Przemysław Chrzanowski

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi