Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-07-09
Data modyfikacji: 2010-11-05

Duch czyli spirit

Europa zadała nam cios, umniejszyła nasze najcenniejsze wartości. Decyzja, że etanol wytwarzany z arbuza, gruszki lub (tfu!) mandarynki może nosić dumne miano wódki jest uderzeniem w nasze narodowe skarby. Jest zniewagą dla żyta, buraka i kartofla. Jak wydłubane z ziemniaka oczko, tak nasz Sobieski, Szopen i Pan Tadeusz zostali nam przez Europę wyłupieni i postawieni w równym szeregu z jakąś beznadziejną grappą, rakiją czy innymi palinkami. Ale my Polacy naszej bulwie pozostaniemy wierni. My naszej bulwy nie zamienimy na zagraniczne cudactwa.

Czy koś z unijnych komisarzy wie ile troski i miłości wymaga ziemniak?  Czy ktoś z nich był w czwartek na targu w Wolbromiu i widział chłopa szukającego najlepszej do sadzenia odmiany? To, jak gmera w workach, jak zastanawia się czy wybrać satinę, czy może lepiej triadę, lub winietę? Jak targuje się by urwać choć pięć groszy na dziesięciu kilogramach.

Szermierza poznać po jednej grubszej, bardziej umięśnionej nodze. Hodowcę kartofli po bardziej umięśnionej lewej ręce. Muskularne przedramię i wydatny biceps są efektem machania wajchą zarzucanej na plecy, ręcznej opryskiwarki. Niech taki jeden z drugim przejdzie sobie kilkanaście długich grządek z garbem dwudziestolitrowego baniaka, niech wajchą pomacha, a gdy przeciwny wiatr zawieje, niech powdycha trochę rozpylonego roztworu na stonkę, tę plagę, którą tuż po drugiej wojnie światowej wykończyć nas chcieli imperialiści. Polskiemu ziemniakowi wtedy rady nie dali i teraz nie dadzą.

O nieszczęśni. Postponują bulwę, nie znając smaku prażonek. Prawdę mówiąc, smaku prażonek nie znają też wszyscy rodacy.

***

W południowej Polsce, na ziemiach myszkowskiej, olkuskiej i zawierciańskiej prażonki są czymś naturalnym, ich aromatem przesiąknięte są nawet beciki niemowlaków. Od piątku do niedzieli w przydomowych ogródkach gromadzą się wielbiciele tej ziemniaczanej potrawy, której żaden grill sprostać nie jest w stanie. Co prawda nazewnictwo nie jest jednolite (w okolicach miejscowości Klucze o prażonkach mówią pieczonki lub pieczone), jednak idea i sposób warzenia pozostają te same.

Podstawa to odpowiednie naczynie. Żeliwne kociołki produkują niektóre lokalne odlewnie. Garnek może mieć kształt walca, naparstka lub zaokrąglonego czubka międzykontynentalnego pocisku ziemia-ziemia. Posiada trzy nóżki, jego średnicę wyznaczają dwa umieszczone na brzegu uszka. Wypukła pokrywka ma centralnie nagwintowany dołek. Na pozostałe części prażonkowego zestawu składa się pałąk z otworem w środku i długa śruba zakończona okrągłym uchem. Po napełnieniu gara nakłada się pokrywkę, przez brzegowe uszka przewleka końce pałąka, całość dokręca śrubą przechodzącą przez środek pałąka i wspartą na nagwintowanym dołku pokrywki.

To duży techniczny postęp w stosunku do czasów młodości pana Władka. Znacznie prostsze były garnki, gdy z chłopakami pilnował krów i grał na pastwisku w piegi. Ta prześmieszna i niestety zapomniana zabawa polega na zgromadzeniu uczestników wokół świeżego krowiego placka. W placek uderza się dłonią, a potem liczy piegi. Wygrywa ten, kto ma ich najwięcej (pan Władek na  ogół wygrywał). W tamtych czasach garnki pobawione były pokrywek, nie mówiąc o uszkach, pałąku i śrubie. Te wysoce przetworzone elementy zastępowała darń.

***

Według ortodoksyjnych prażonkarzy z Zawierciańskiego, wsad do przeciętnego kociołka stanowią poćwiartowane kartofle, kiełbasa w plasterkach, boczek, cebula w piórkach, koniecznie dwa średnie, rozdrobnione buraczki.  Do tego parę listków bobkowych, ziele angielskie, sól, pieprz, odrobina vegety. Na wierzchu liść kapusty.

Wobec wspomnianego kanonu mało udanym eksperymentem wydaje się propozycja gospodyń z Kwaśniowa Dolnego. Z młodych pokrajanych w talarki ziemniaków robi się papka, ni w pięć, ni w dziewięć jest tutaj mak, nadmiar marchewki czyni całość słodkawo-mdłą.

Kociołek stawia się na żarze z ogniska, prażenie trwa ok 40 minut. O zakończeniu procesu świadczy piszczenie gwałtownie uchodzącej spod pokrywki pary i wywołujący ślinotok zapach.

Z żaru zdejmuje się garnek, nadziewając go na patyk włożony do ucha śruby. Do otwarcia potrzeba wprawy Pudzianowskiego. Tu liczy się przede wszystkim technika, taka mniej więcej, jak przy wyrywaniu krzesła z podłogi (za jedną nogę). Trzymając rękawicą ucho śruby, trzeba kociołek skierować łukiem ku niebu, odwrócić w powietrzu dnem do góry i, jak sztangietkę, chwilę potrzymać na wyprostowanej ręce.

***

Na odsłonięte prażonki drapieżnie rzucają się goście. Konsumpcji towarzyszy uosabiany z Sobieskim, Panem Tadeuszem lub Szopenem duch wiktorii, narodowego poematu i mazowieckich równin, upstrzonych płaczącymi wierzbami. Duch czyli spirit.

Maciej Pawłowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi