Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-07-11
Data modyfikacji: 2010-11-05

Kryzys wodnych spółek

Z leżących ugorem pól jeszcze kilkanaście lat temu zbierano przyzwoite plony, wychodzili w nie gospodarze, słychać na nich było pocieranie osełek o ostrza. Granicę byłych województw częstochowskiego i piotrkowskiego wyznaczała wieś Bobry. Przepływa przez nią Warta, a jej kolejową stację dzieli od Radomska jeden przystanek.

Ktoś, kto w latach 80. spędzał tu wakacje, z trudem rozpoznaje miejsca ówczesnych przechadzek. Niegdyś wypełnione wiejskim życiem Bobry są jak niedołężny starzec lub odpychający włóczęga, któremu nawet włóczyć już się nie chce.  - Gdzie te żniwa i sianokosy? Te ustawiane w mendle snopki, czekające na załadunek konne wozy i krzątające się przy nich postacie z grabiami i kosami? - zastanawia się dawny letnik.

Zniknęły bez śladu. Nie ma krów, koni i drabiniastych wozów. Pola i łąki zamieniły się w upiorne chaszcze, mogące służyć za filmowy plan jakiejś „tragedii na wrzosowiskach”.

Dawny letnik pamięta swój pierwszy tu przyjazd. Po zmroku wysiadł z pociągu z namiotem na ramieniu. Marsz do obranej na biwak zagrody był znacznie dłuższy, niż gdyby wędrował w dzień. Najwięcej czasu zmitrężył na stosunkowo krótkim dystansie między drewnianym mostkiem na Warcie a wyjeżdżoną kołami furmanek drogą. Chyba z pięć razy wpadał po pas w rowy o niemożliwych do odgadnięcia koordynatach. Myślał wtedy, że wykopano je na złość przyjezdnym. Mylił się.

Tu nad lubiącą wylewać rzeką ich istnienie było gwarancją zbierania z przybrzeżnych łąk i wykorzystywania ich pod pastwiska. Dzisiaj rowów już niema, po pas brnie się w niekoszonej trawie. Murszeją chałupy, których właściciele pomarli albo przenieśli się do miasta. Ci, co zostali, dawno z rolnictwem wzięli rozwód. Okolice Radomska są teraz zagłębiem meblarskim, kto by tam grzebał się w ziemi. Jak ziemia i łąka niepotrzebne, to po co komu rowy.

Jakieś siedemdziesiąt kilometrów w dół mapy sytuacja podobna. Spółki wodne trzymają się siłą inercji, wiele z nich figuruje tylko na papierze. Teoretycznie powinny konserwować urządzenia melioracyjne. Zajęcia dla nich właściwie nie ma.

W czasach, gdy kinowe seanse poprzedzone były kronikami filmowymi, w których Ursusy na licencji Massey-Fergusona zdobywały wiosnę, zaś kombajny „bizon” tryumfowały nad latem, gdy panowało zielone światło dla rolnictwa, a obywatele sentencjonalnie mawiali: - „Cóż to jest w porównaniu z przyrostem buraka cukrowego”, melioracja miała się znakomicie.

W okolicach Zawiercia zakończono ją około 1974 roku. Lokalne spółki i ich związek powstały, by dbać o to co zrobiono. Taką potrzebę odczuwali zresztą sami rolnicy. W Porębie zorganizowało się ich aż tysiąc.

Taki mały underground

Nad odwadnianiem i nawadnianiem czuwały różne państwowe urzędy i instytucje. Siedemnaście lat temu związek zmienił szyld, acz jego struktura i zadania są formalnie te same. Zrzesza spółki z Zawiercia, Pilicy, Żarnowca, Łaz i Siewierza.

W obejmowanej zawierciańską spółką Porębie dawni entuzjaści stracili zainteresowanie sztucznym podtrzymywaniem organizmu dotkniętego klinicznym zgonem. Marszałkowi województwa poskarżyli się na żądanie od nich opłat, gdy tymczasem konserwacja urządzeń obchodzi ich tyle, co pakistańsko-indyjski konflikt o Kaszmir. 

W latach 80. od tamtejszych właścicieli przymusowo wykupiono 800 hektarów gruntu pod PGR. Zostały im niewielkie działeczki o powierzchniach nieprzekraczających 10 arów. Roczna składka indywidualna wynosi 30 złotych od hektara zmeliorowanego terenu, dla Poręby związek wyliczył ją na 16 złotych. Niby nie pieniądz, ale z jakiej paki ma się płacić za coś kompletnie niepotrzebnego. PGR upadł, a zagnieżdżona na jego areale agencja też płacić nie jest skora.

Wiesławowi Słowikowi – kierownikowi Związku Spółek Wodnych – łzawią oczy i lekko drży broda, kiedy wspomina okres minionej świetności. Czasy szerokiego frontu robót, pochylania się z namysłem nad każdą studzienką i przepustem, dysponowania sprzętem pozwalającym pogłębiać i odmulać rowy, naprawiać skarpy, usuwać wybicia w systemie drenarskim.

Obecną kondycję związku odzwierciedla jego siedziba. Dwa niedoświetlone, dawno niemalowane pokoiki w suterenie udostępniło starostwo. Undergroundowa atmosfera pogarsza wzrok, a w dodatku do kibla daleko. 

Związek zupełnie bezczynny nie jest. Zysk wypracowuje głównie dzięki robotom zleconym, bo na spółki liczyć raczej nie można. Składki coraz niechętniej płaci zaledwie 40% członków. - Spółki Wodne z roku na rok otrzymują mniejsze dotacje z budżetu państwa, a potrzeby finansowe z każdym rokiem zwiększają się ze względu na starzejące się urządzenia melioracyjne. Samorządy terytorialne poszczególnych Gmin również nie udzielają Spółkom Wodnym żadnych dotacji pomimo, że są ku temu podstawy prawne – pisze Wiesław Słowik w przepojonym pesymizmem sprawozdaniu.

W efekcie o istnieniu melioracyjnych urządzeń ludzie zapominają. Ostatnio zapomniał proboszcz z Łaz. Przy rozbudowie parafialnego cmentarza przerwane zostały dreny i do wykopanych grobów wdarła się nieusuwalna woda.  Powiatowy Nadzór Budowlany wstrzymał pochówki do czasu sporządzenia ekspertyzy i ponownej instalacji drenów.

***

Odłogi, zarastające rowy, popadające w martwotę wioski znamionują ewolucję krajowego rolnictwa.  Nieuchronne jest zanikanie małych gospodarstw, porzucanie spłachetków, które „kónikiem” i kosą kiedyś się obrabiało. - Doskonale utrzymane urządzenia melioracyjne można spotkać na Żuławach, w Poznańskiem, na Pomorzu, wszędzie tam, gdzie dominują ogromne wyspecjalizowane latyfundia – dzieli się spostrzeżeniami kierownik Słowik. Jego zdaniem, pozostałe skazane są na techniczną śmierć. Choć tylko techniczną, lecz, mimo wszystko, przykrą. Jak każda śmierć.

Maciej Pawłowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi