Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-09-27
Data modyfikacji: 2010-11-05

Bez zabawy nie da rady

 

Jesień to pora, kiedy Marsz Mendelssohna pobrzmiewa zdecydowanie najczęściej. W końcu i we wrześniu, i w październiku znajduje się to magiczne „r”, które ma młodej parze zapewnić szczęście i dobrobyt. Narodowa wiara w ów przesąd jest tak silna, że o jesienne terminy trzeba się wręcz bić. Sale bankietowe mają rezerwacje nierzadko na 2 lata naprzód, to samo dzieje się z zespołami, przygrywającymi do tańca oraz wypożyczalniami limuzyn.

 

Lepiej przesądom wierzyć, niż ich doświadczać

Czas biegnie nieubłaganie, młodzi nim się obejrzą, już muszą się stroić w ślubne fatałaszki. I tu znów wdziera się z impetem kilka zwyczajów, którym koniecznie trzeba się podporządkować.
Panna młoda w dniu ślubu powinna mieć na sobie:
coś nowego, (bo to wróży dostatek),
coś starego, (co zapewni wsparcie bliskich),
coś pożyczonego (życzliwość rodziny męża),
coś niebieskiego (wierność małżonka),
no i coś białego, by zaświadczyć o czystości uczuć.
Suknię należy wkładać bardzo ostrożnie, bo kiedy się popruje nie będzie można jej zszyć – wróży to łzy i nieszczęście. Dobrze byłoby też, żeby stroju panny młodej nie przymierzały jej niezamężne siostry, ponieważ grozi to staropanieństwem.
Ważna rzecz – buty. Pod żadnym pozorem narzeczony nie powinien pożyczać swojej narzeczonej pieniędzy na ich zakup. Nie powinien również ich kupować.
Minimum na jeden dzień przed ślubem panna młoda powinna położyć pantofelki na parapecie okiennym, by zdążyło wejść w nie szczęście.
Zaś w dniu ślubu do bucików należy wsunąć grosik. Ten zabieg uchroni małżeństwo od biedy. 
Kiedy wszystko jest dopięte na ostatni guzik, pod dom podjeżdża kamerzysta, kapela zaczyna dudnić, jest już zamówiona przed dwoma laty limuzyna, są goście. Pan młody wychodzi z rodzinnego domu, dzierżąc w garści weselny bukiet – gdyby go zapomniał zabrać, z pewnością w ciągu roku rozszedłby się ze swą małżonką.
Po drodze do panny młodej, limuzyna przymusowo zatrzymuje się, ulicę blokują ci, którzy maja wielką chrapkę na weselny trunek. W zamian oferują zwykle krótkie życzenia.
Zanim pan młody zabierze swą wybrankę do kościoła, musi ją wykupić, środkiem płatniczym jest tu oczywiście wódka. Targowanie bywa zabawne, czasem zamiast panny młodej gospodarze oferują… mężczyznę przebranego w damskie ciuchy.

 

Już po krzyku

Po wyjściu z kościoła młodzi małżonkowie obsypani zostają bilonem, muszą pozbierać, co do grosika, bo to także wróży im dobrobyt. Jeszcze tylko życzenia i będzie się można oddać zabawie do białego rana. Na wsi wesele musi być z przytupem. Obok nowoczesnych „numerów’, kapela koniecznie ma mieć w repertuarze tańce na ludową nutę, przyśpiewki i zabawy – czasami bardzo frywolne, nawet takie, które sięgają granic dobrego smaku.

­- To głównie po tym można poznać, że jest się na wiejskim weselu. Ludziom się to podoba, jest kupa śmiechu. Dawno nie spotkałem się z sytuacją, w której państwo młodzi chcieliby zrezygnować z tych dodatkowych atrakcji – z uśmiechem mówi Adam Zwierz, szef zespołu Bravo z południowej Wielkopolski. – Gramy już ładnych kilka lat, przez ten czas nazbierało się nam sporo zabawowych hitów. Kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wcielam się w rolę wodzireja, biorę do ręki mikrofon i wyciągam do zabawy kolejnych gości. Przyznaję: niektórych wbrew ich woli, bo czasami jest tak „drętwe” towarzystwo, że nikt nie chce się znad talerza ruszyć. Na początek proponuję coś lekkiego: jakiś tam pociąg, chwytanie za bioderka, kolana, kostki…. Tańczymy Labado i takie tam. Byleby się wszyscy trochę poznali. Resztę robi za mnie wódka. Po godzince, dwóch można przystępować do zabaw bardziej „wyrafinowanych”.

 

Żeby tylko ludzie pękali ze śmiechu…

Pan Adam zaprasza na środek 4 rosłych chłopów, każdemu daje do zjedzenia po łyżce tartej bułki – niby nic takiego... Tyle, że zaraz potem nakazuje im, by zagwizdali melodię piosenki „Sto lat”. Mimo wielu prób żadnemu nie udaje się sprostać temu zadaniu, ku uciesze gawiedzi delikwenci jedynie niemrawo poświstują, wyrzucając z ust drobinki czerstwego pieczywa. Nim ludzie wyjdą ponownie na parkiet, trzeba jeszcze bardziej zatroszczyć się o ich humory. Wodzirej ogłasza, zatem konkurs, w którym będzie można wygrać okrągłą „stówkę”. By rozochocić potencjalnych graczy, wymachuje banknotem w powietrzu. Chętni zjawiają się błyskawicznie. Konkurs ma polegać na tym, że dwóch panów ma uklęknąć naprzeciwko siebie i dmuchać w kierunku leżącej po środku „stówy”. Kto banknot przepchnie bliżej rywala, bierze kasę do kieszeni. Żeby było trudniej, uczestnicy zabawy mają zasłonięte oczy. Zanim wodzirej zarządza start, zabiera banknot, a przed rządnymi łatwego zarobku weselnikami kładzie talerz z mąką…

- Wystarczy kilka podmuchów, by na całej sali zrobiło się siwo. Jest naprawdę bardzo zabawnie, ludzie ze śmiechu pękają. Powodów do zadowolenia nie mają jedynie ci, którzy w jednej chwili ufaflunili sobie garniturki. Ale trudno, na zabawę się przecież godzili, wiedzieli, że to ryzykowna sprawa. Zresztą każdy za takie poświęcenie każdy dostaje butelkę weselnego trunku – kwituje pan Adam.

Dochodzi północ. To czas na oczepiny. Był moment, kiedy z nich rezygnowano. Teraz ów obyczaj przeżywa prawdziwy renesans. Rzecz polega na tym, że panny łapią rzucany przez panią młodą welon, a kawalerowie rzucany przez pana młodego musznik, lub krawat. Od tej chwili najważniejsze dwie osoby tego wieczoru przemianowane zostają na „starą parę młodą”, a na parkiet wkracza „nowa para młoda” - czyli nowa właścicielka welonu oraz nowy właściciel musznika.

By atmosfera nie stygła, wodzirej proponuje kolejną zabawę. I to taką, która wymaga wiele odwagi. Prowadzący, czym prędzej ustawia butelkę alkoholu na drugim końcu sali, a zawodnikom nakazuje utworzenie sznurka, prowadzącego do flaszki. Problem w tym, że ów sznurek należy sporządzić z ubrań, które się ma na sobie. Nad ranem panowie raczej pozbywają się marynarek, więc do dyspozycji pozostają im koszule, bardziej odważni decydują się na zdjęcie spodni, butów, a nawet skarpet. Publiczność głośno dopinguje roznegliżowanych panów, jest wniebowzięta.

 

Zabawa? A gdzie zdrowy rozsądek?

Nim zamilkną takty kolejnego bloku walczyków, tang i współczesnych numerów z gatunku pseudodisco, na parkiecie pojawiają się krzesła. Pan Adam mówi o nich, że to krzesła gorące:

- Do zabawy zapraszam aż 12 chętnych osób. Proszę ich o zajęcie miejsc na krzesłach, a pozostałych gości o gorący doping. Potem każdego z zawodników proszę o znalezienie odpowiedniego rekwizytu, który powinien znajdować się w lokalu np. widelec. W trakcie, gdy uczestnicy zabawy wybierają się w poszukiwaniu podanego rekwizytu, z parkietu zabieram jedno krzesło. W ten sposób osoba, która powróci najpóźniej nie ma już gdzie usiąść. Tym sposobem zostaje ona wyeliminowana z zabawy. I tak postępujemy do momentu, kiedy pozostanie nam jeden zawodnik, któremu wręczamy przygotowaną przez młodych nagrodę.  

Wodzirej niechętnie zdradza, co poza wspomnianym widelcem musza przynosić uczestnicy zabawy. Tłumaczy tylko, że to zależy jedynie od dobrego smaku prowadzącego oraz nastawienia biesiadników.

– Widziałem jak ludzie przeżywają ogromny wstyd, kiedy nagle ktoś im każe biec po papier toaletowy do łazienki, albo biustonosz... Czasem wiąże się to z niemałym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi. Filmowałem wesele, podczas którego „inteligentny” wodzirej kazał ludziom przynieść garść trawy zza ruchliwej ulicy. Sam złapałem za marynarkę podchmielonego gościa, który pakował się prosto pod samochód – mówi Zbigniew Kozłowicki, właściciel studia wideo. – Uwłaczających godności człowieka zabaw i konkursów jest dużo więcej. Warto wspomnieć choćby o przenoszeniu piwa w ustach. Z jednej strony sali ustawia się puste butelki, z drugiej pełne piwa. Uczestnicy tej mało przyjemnej zabawy mają za zadanie wlewać w siebie trunek, biec z pełnymi ustami na drugą stronę, a potem wtłoczyć go do pustej butelki. Kto przetransportuje całość jest zwycięzcą.

Przemysław Chrzanowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi