Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2007-11-15
Data modyfikacji: 2010-12-30

Bo w orkiestrach taka siła, co młodych i starych godzi

 

Damian lubi techno i... marsze pogrzebowe. W każdą sobotę pędzi z kumplami na dyskotekę do sąsiedniej wsi, ale wcześniej przez dwie godziny dmucha w klarnet, lub trąbkę na próbie orkiestry dętej. Podobnie robił w młodości jego ojciec. Być może dlatego tak doskonale się dziś rozumieją.

 

Synek, podobało się?

­Niektórzy powtarzają mu, że to obciach – tak chodzić w tym mundurku strażackim i robić z siebie pajaca, że orkiestry dawno wyszły z mody, że to strata czasu... Ale on dobrze pamięta z dzieciństwa, z jakim namaszczeniem jego ojciec zawsze sięgał po kornet. Wyjmował go z czarnego, skórzanego futerału, a potem brał szmatkę z miękkiej irchy i szybkimi ruchami pucował każdy element instrumentu. Zawsze na deser zostawiał sobie roztrąb, lubił, kiedy można się było w nim przejrzeć. Kiedy i to miał już za sobą, sięgał po srebrny ustnik. Zanim zagrał, bezdźwięcznie przedmuchiwał trąbkę, energicznie przebierając palcami po wentylach. Nagle stawał nieruchomo, wpatrując się w przesłonięte firanką okno, a potem delikatnie zaczynał intonować melodię jakiejś kościelnej pieśni. Wtedy do pokoju wchodziła matka i niby od niechcenia pomrukiwała śpiewnie, co nieco pod nosem. Wychodziła, jak rażona piorunem, kiedy nagle ojciec przechodził w melodię żałobnego marsza, nigdy nie lubiła tych płaczliwych utworów, źle się jej kojarzyły. Ojciec o tym wiedział, i kiedy nie mógł znieść jej zrzędzenia, zaraz sięgał po trąbkę... To był jedyny akt jego agresji wobec matki. Prócz pogrzebowych, w ruch szły marsze wojskowe, a na koniec pieśni biesiadne, grywane za dawnych czasów na weselach i wiejskich zabawach. Po godzinnym koncercie ojciec chował instrument do futerału, patrzył synowi w oczy i nabrzmiałymi od wysiłku ustami zadawał dyżurne pytanie: „No i jak synek, podobało ci się?”


Trąbka w orkiestrze jest na pierwszym planie. Trębacz idzie zawsze na przedzie,
dlatego jego instrument musi lśnić.

 

- Co się miało nie podobać, to były dla mnie najfajniejsze chwile w tym moim szczeniackim życiu. Zawsze chciałem postępować tak jak ojciec, jak wyciągał tę trąbkę to był kimś najważniejszym na świecie. Obaj wiedzieliśmy, że niebawem i ja będę grał. To była tylko kwestia czasu – wspomina Damian Sitek. – Zanim się do orkiestry formalnie zapisałem, to właściwie umiałem już sobie dobrze radzić z trąbką. Ojciec mi pokazał krycie na poszczególnych tonach, powiedział jak dmuchać, nut nauczył. Już wtedy kombinowałem, że może warto byłoby na jakiś innym instrumencie rozpocząć naukę. Na oku miałem klarnet.

 

Muzykant nie musi pić

Matka była temu cały czas przeciwna. Wiedziała, co to znaczy mieć muzykanta w domu. Jak na pogrzeb jej Stanisław szedł, to bez jednego, czy dwóch głębszych się nie obyło. Nigdy tego znieść nie potrafiła. Nic więc dziwnego, że teraz syna chciałaby przed tym uchronić. Powtarzała: „Już masz siedemnaście lat, niedługo przyjdzie ci się żenić. Która ciebie zechce, jak ty po imprezach będziesz chodził grać i pić?”


Podczas ważnych występów nie można sobie pozwolić na grę z pamięci. Nuty to podstawa.

- Ona nie wie, że młode pokolenie jest już inne. Ja sobie gram w orkiestrze dla rozrywki, lubię to i basta. Ale to nie jest całe moje życie. Przecież do szkoły chodzę, mam kolegów, z którymi jeździmy po dyskotekach. Zdarza mi się też posiedzieć przed komputerem i przeczytać dobrą książkę. Jak się człowiek dobrze zorganizuje, to na wszystko znajdzie czas – tłumaczy Damian.
– Dla mnie w tym wszystkim ważne jest też to, że mam ze swoim ojcem, o czym pogadać, że jest w naszym życiu taka płaszczyzna, na której rozumiemy się bez słów. My nie wiemy, co to jest konflikt międzypokoleniowy. Kiedy dochodzi do napięcia, sięgamy po swoje blaszane „zabawki” i robimy sobie koncert dla wewnętrznego wyciszenia. Potem, jak gdyby nigdy nic, sytuacja wraca do normy.

 

W kościele grają, są gwiazdorami

Na próbach orkiestry też siedzą zawsze obok siebie, kiedy coś nie wychodzi, trącają się łokciami, wymieniają porozumiewawczo spojrzenia. Cały czas się wspierają, z uśmiechem korygują błędy – słowem są w swoim żywiole. Ich umiejętności wzbudzają zachwyt kolegów po fachu, nikt sobie nie wyobraża, żeby na większych uroczystościach miało ich zabraknąć. W Dzień Niepodległości orkiestra grała przy okazji mszy, którą odprawiano w intencji Ojczyzny. Stanisław i jego syn Damian, na prośbę proboszcza, z chóru zaintonowali na trąbkach sygnały przy podniesieniu. A na koniec liturgii zagrali na dwa głosy „Rotę”. Od ich przejmujących dźwięków i dziesiątek gardeł wiernych mury kościoła aż się zatrzęsły.


Józef Rybski i jego orkiestra podczas koncertu, zorganizowanego z okazji 25-lecia istnienia zespołu.

Nim padają z ambony słowa błogosławieństwa, obaj są już na dole. Za moment wraz z cała orkiestrą dadzą kilkunastominutowy koncert. Wiedzą, że mają swoją wierną publiczność, która z uśmiechem wysłucha dwóch, może trzech marszów. Oklasków nie będzie. Nigdy nie ma. Ludzie na wsi są jakoś mniej wylewni. Ale i tak wiadomo, komu się podobało. I właśnie dla nich, orkiestra czym prędzej formuje czwórkowy szyk i urządza, krótki pokaz defilady. Po kilku rundach wokół przykościelnego parkingu, rytmicznym krokiem orkiestra kieruje się ku pobliskiej remizie. Kolejny występ mają już za sobą. Teraz trzeba zacząć myśleć o świętach Bożego Narodzenia. Wszak proboszcz wspominał, że przydałoby się, żeby kilku zdolniejszych muzykantów przygotowało parę kolęd na pasterkę. A jemu się nie odmawia, bo zawsze za orkiestrą był. Nawet na nowe mundury kiedyś chłopakom dał. 

 

Orkiestrowych rodzin w Polsce wiele

Takich rodzin, w których przez całe życie pobrzmiewa orkiestrowy ton, pewnie jest w całej Polsce bardzo wiele. I zapewne wszędzie muzyka raczej łączy, niż dzieli. Wiele na ten temat może powiedzieć kapelmistrz Józef Rybski, którego uważa się za ojca wielu orkiestr, funkcjonujących na południowym krańcu województwa łódzkiego. Za przykład godzien naśladowania uważa niewielką społeczność wsi Słupsko w gminie Mokrsko. W miejscowości tej żyje nieco ponad 60 rodzin.. I wydawać by się mogło, że zbudowanie, a co ważniejsze utrzymanie dętej orkiestry jest w takich warunkach niemożliwe. A jednak...  Był czas, że z jednego domu grało i po trzech, czterech ludzi.


Basista ma w orkiestrze co dźwigać. Wbrew pozorom na tym 10-kilogramowym instrumencie
gra się dość lekko.

– Wioska jest ambitna. Jej mieszkańcy lubią być w centrum zainteresowania, potrafią się pokazać i wzbudzić podziw innych. Nie należy tu jednak zapominać o tym, że orkiestra to integralna część Ochotniczej Straży Pożarnej. Gdyby tak w połowie próby zawyła syrena, instrumenty z pewnością poszłyby w kąt. Poza tym straż to od niepamiętnych czasów ostoja wiejskiej kultury. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby i ona zawiesiła działalność. W takiej wiosce nie działoby się już chyba zupełnie nic – mówi  Józef Rybski.– Bardzo dobrze mi się z nimi pracuje, kiedy są wszyscy. Wówczas można śmiało myśleć o wyjazdach na przeglądy i konkursy. Członkowie tej orkiestry z powodzeniem mogą sięgać po najwyższe laury. Zdarza się jednak, że z różnych przyczyn na próbach brakuje nam poszczególnych głosów i wtedy sam łapię się za instrument. Niestety coraz rzadziej mi się to zdarza... Nieuchronnie zbliżam się bowiem do końca mojej kapelmistrzowskiej kariery. Jakiś czas temu skończyłem 65 lat, a i zdrowie mi nie dopisuje jak trzeba. Zgodnie z tym, co orzekli lekarze, mam 75 procent utraty słuchu. W tej sytuacji muszę zrezygnować, choć całym sercem jestem z każdą z moich orkiestr.

 

Młodzi biorą sprawy w swoje ręce

Na szczęście wśród młodych nie brakuje godnych następców. Warto w tym miejscu wspomnieć choćby o Arturze Krzęciu, który z sukcesem prowadzi wspaniałą orkiestrę dętą w Łubnicach ( www.orkiestralubnice.pl ). Młody kapelmistrz przejął opiekę nad zespołem z końcem minionego wieku i od samego początku zabrał się ciężko do pracy, czym zdobył sobie wielu zwolenników. Wprowadził dyscyplinę, udowodnił wszystkim, że można być punktualnym i otwartym na wszelkie propozycje. Widać, że zależało mu na unowocześnieniu zespołu, wzorując się na orkiestrach czeskich i bawarskich wprowadził cały zestaw perkusyjny. Ponadto zaangażował reprezentacyjne werblistki, oraz osoby do grania w utworach koncertowych na różnego rodzaju instrumentach perkusyjnych (marakasy, grzechotki, tamburyny). Pierwszym trudnym zadaniem, z jakim przyszło mu się zmierzyć był Rejonowy Przegląd Orkiestr Dętych w Pajęcznie. Po zaledwie roku pracy jego zespół zajął tam I miejsce. Kolejnych nagród dziś już chyba nikt nie jest w stanie zliczyć. Orkiestra ma wielu fanów. Za każdym razem, kiedy koncertuje, publiczność domaga się bisów. I co najważniejsze w szeregach tego zespołu jest mnóstwo młodych ludzi. Tu nie ma miejsca na wstyd, tutaj przynależność do orkiestry jest powodem do dumy.

 

Przemysław Chrzanowski
fot. Autor

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi