Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2008-02-21

Data utworzenia: 2008-02-21
Data modyfikacji: 2009-01-27

Szczęśliwy polar

- Jestem jedynym ratownikiem w polskim parlamencie – twierdzi poseł Piotr Van Der Cohen. Społeczno-polityczna kariera tego siwowąsego 55-latka nabrała w krótkim czasie niebywałego rozmachu. W ciągu roku z Rady Powiatu przeniósł się do Sejmiku Województwa, a wkrótce po tym, wolą wyborców, znalazł się na ulicy Wiejskiej w Warszawie. Jego droga do sukcesu odbiega od krajowych standardów.

Miejsca na liście nie zdobył dzięki niebotycznemu majątkowi, nie podbił serc elektoratu płomiennymi atakami na rządzących, nie blokował dróg, nie organizował pikiet, nie był też doświadczonym partyjnym liderem.

Wykosił konkurencję bez składania obietnic sprawniejszego, przyjaznego ludziom państwa, bez zapowiadania rozliczeń, wyrównywania krzywd, bez gadek o potrzebie powoływania kolejnych komisji śledczych.

Fenomen Piotra Van Der Cohena to dla wielu bolesna zadra w sercu. Istnienie Piotra Van Der Cohena wzmacnia ich poczucie porażki i upokorzenia. Dla nich zasiadanie w gmachu przy Wiejskiej było zawsze punktem docelowym, marzeniem, któremu podporządkowali manifestowaną raz na cztery lata aktywność.

Dla tych urodzonych partyjnych działaczy (w tym przypadku „działacz” nie oznacza społecznik) nawet parokrotne dostanie się do wojewódzkiego samorządu nie stanowi satysfakcjonującego osiągnięcia. Trudno przecież cieszyć się utknięciem w martwym punkcie, który miał być trampoliną do skoku na Wiejską.

Na nic zdały się zabiegi o możliwie najwyższe pozycje na listach, godziny główkowania nad chwytliwymi sloganami wyborczymi, które, jak zwykle, okazały się wyświechtanymi banałami. Na nic zmasowane ofensywy plakatowo-banerowe i prasowe zdjęcia z przecinania wstęg.

Van Der Cohen plakatem pokonał niespełnionych działaczy. Ludzie nie nabrali się na garniturki, poważne miny i przydające pozornej inteligencji okularki. Na ogłoszeniowych słupach Piotr Van Der Cohen wystąpił w czerwonym polarze, w towarzystwie czarnego wilczura o spojrzeniu mądrzejszym od tych, jakie konkurenci rzucali zza plakatowych okularów.


Tutaj Piotr Van Der Coghen czuje się najlepiej.

Stworzył swój własny, niepowtarzalny wizerunek. Ten czerwony polar stał się jego wizytówką, znakiem rozpoznawczym, elementem wyróżniającym z tłumu czarnych, szarych, prążkowanych i gładkich marynarek.

Niespełnieni działacze kpili z czerwonego polara w świątyni, przy grobie nieznanych bohaterów, na spotkaniach z ministrem czy ambasadorem. Czerwony polar wywoływał u nich bycze reakcje i gorzką zadumę nad kondycją społeczeństwa, dającego się uwieść czymś tak różnym od wiejsko-kościółkowej konwencji.

Piotr Van Der Cohen załatwił ich na najważniejszym polu. To nie on zabiegał o zainteresowanie mediów. To media lgnęły do niego.

Chwytliwe podtruwanie

Minęło sto dni od parlamentarnych wyborów. Z dala od Warszawy, w położonych na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej maleńkich Podlesiach znajduje się rzeczywiste królestwo posła. To tutaj stworzył firmę, której funkcjonowania zazdrościć mogą najlepsi specjaliści od marketingu, tutaj udowodnił, że naprawdę nosi głowę na karku.


W królestwie posła nie może zabraknąć zwycięskiego plakatu.

Na jednej z internetowych stron anonimowy autor barwnie opisuje początki przedsięwzięcia:
- „Punktem zwrotnym było objęcie w roku 1993 przez ratowników Grupy Beskidzkiej GOPR: Irenę i Piotra Van der Coghen Bazy Biwakowej PZA na Lgotce koło słynnych ze skałek Podlesic. Z początku udzielali oni pomocy ofiarom zdarzeń na skałkach bez planów tworzenia formalnych ram dla swej działalności. Jednakże w 1995 roku wydarzył się znamienny wypadek: Na Słonecznej Ściance w Skałach Biblioteka robiąc fatalny w skutkach błąd w zakładaniu stanowiska asekuracyjnego, spadł ze szczytu skały do podstawy ściany młody 17 letni wspinacz Hubert O. z Bydgoszczy. Doznał złamania kręgosłupa, wstrząsu mózgu i pęknięcia nerki. Na pomoc pośpieszyli: Irena i Piotr Van der Coghen oraz Piotr Pustelnik (himalaista, zdobywca Mount Everest). Piotr Van der Coghen podjął decyzję o wezwaniu śmigłowca sanitarnego i przekonał do tego lotu pilota Jerzego Kulika kierownika Zespołu Lotnictwa Sanitarnego z Katowic-Muchowca. Lekarz karetki ”R” oceniając stan pacjenta jako nadzwyczaj ciężki potwierdził, że jest to jedyna szansa uratowania mu życia.. Lądowisko dla śmigłowca zorganizowali i zabezpieczali Michał i Adam Van der Coghen. Śmigłowiec MI-2, który pilotował osobiście Jerzy Kulik (dziś kapitan Boeinga LOTu na Okęciu w Warszawie) przewiózł rannego do kliniki w Piekarach Śląskich – co uratowało zanikające życie taternika.

Po tym zdarzeniu ratownicy postanowili, że życie pacjenta nie może zależeć od przypadku czy osobistych przyjaźni ratownika z pilotem lub lekarzem. Wobec tak ciężkich wypadków zaproponowali ówczesnemu naczelnikowi Grupy Beskidzkiej GOPR Adamowi Kubali- utworzenie Sezonowej Stacji Ratunkowej i Terenowej Sekcji Operacyjnej skupiającej ratowników jurajskich. Na utworzenie Stacji otrzymali zgodę a na utworzenie Sekcji Operacyjnej – nie”.

W 1996 roku powstaje Jurajskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, które dwa lata później przekształca się w Jurajską Grupę GOPR. Organizacyjnym ubiorem jej członków jest czerwony polar.


Terenowe auta pozwalają prowadzić akcje w trudnym terenie.

- Działamy na obszarze od Krakowa po Częstochowę, a nawet nieco dalej, po Górę Kamieńsk pod Bełchatowem. Dziewięćdziesiąt procent spośród stu ratowników grupy to ochotnicy. Reprezentują cały przekrój społeczeństwa, są wśród nich policjanci, nauczyciele, duchowni, lekarze, pielęgniarki, studenci i inżynierowie. Kandydaci do tej służby muszą umieć pływać i jeździć na nartach. Po serii specjalistycznych szkoleń i ostrej selekcji większość żegna się z marzeniami. W naszych szeregach zostają najlepsi – informuje Piotr Van Der Cohen.

Ratownicza siedziba w Podlesicach jest białym budynkiem na placu zamykanym zdalnie sterowanym szlabanem.

By spotkać się z kimś z obsady, trzeba pokonać kilka schodków, przeszklone drzwi wejściowe, niewielki przedsionek i kolejne przeszklone drzwi na początku wąskiego, prostego korytarzyka. Pierwszym witającym jest wielki, czarny owczarek niemiecki, po którym, w pierwszej chwili, nie wiadomo, czego się spodziewać.

Nie jest pewne, czy to ten z wyborczego plakatu, bo wilczurów rezyduje tutaj aż siedem. Są fachowcami, podobnie jak ich dwunożni towarzysze.

 - Kupujemy ośmiotygodniowe, obdarzone szczególnymi predyspozycjami szczeniaki. Po intensywnym treningu roczny pies może brać udział w akcjach.

Podlesicka sfora potrafi przeszukiwać trudno dostępne zakamarki, penetrować gruzowiska, węszyć wśród skał i leśnych ostępów. Jeden z psów ukierunkowany jest na odnajdywanie zwłok.

Swego czasu nie tylko regionalne środki masowego przekazu obiegła ujawniona przez Piotra Van Der Coghena informacja o truciu goprowskich owczarków. Poseł sugeruje, iż ich nadzwyczajne tropicielskie talenty mogły być nie na rękę na przykład sprawcom niewyjaśnionych mordów. Powód, trzeba przyznać, medialnie chwytliwy.

 

Telewizyjny ekspert

W dyżurce po prawej stronie korytarzyka non stop czuwa ratownik dysponujący systemem szybkiej łączności. Jego koledzy rozlokowali się w innych pomieszczeniach. W razie potrzeby, resztę ekipy można skrzyknąć automatycznie wysyłanymi do telefonów komórkowych alarmami.

Jeśli zdarzenie ma miejsce gdzieś na odległych krańcach Jury, zamieszkałym tam ochotnikom dostarcza się z Podlesic konieczny sprzęt. Cztery Landrovery, dwa samochody osobowe z napędem na obie osie, dwa skutery śnieżne, trzy quady (motocykle czterokołowe) z przyczepami ratunkowym i motorowy ponton pozwalają prowadzić szeroko zakrojone akcje we wszelkich warunkach pogodowych i terenowych.

Uwalnianie zakleszczonego w jaskini speleologa, czy poszukiwanie zaginionego wśród skał turysty to znakomity dźwiękowy i filmowy materiał, którym regionalni reporterzy mogą przebić się na ogólnopolską antenę. Zyskują wszyscy: ocalony speleolog, reporter, no i, rzecz jasna, Piotr Van Der Coghen.


Sztandarowe zobowiązanie ochotników.

Rosnąca sława Jurajskiej Grupy GOPR powoduje, że jej członkowie angażowani są także poza macierzystym obszarem działania. Podlesickie psy i ich opiekunowie przeszukiwali rumowisko katowickiej hali wystawienniczej, gdzie dwa lata temu podczas międzynarodowej wystawy gołębi zginęło sześćdziesiąt pięć osób.

Działania ratownicze relacjonowano na żywo, a ekspertem w studio publicznej telewizji był Piotr Van Der Coghen. Dowodzący akcją, ówczesny komendant wojewódzki Państwowej Straży Pożarnej, Janusz Skulich niedawno awansował na zastępcę komendanta głównego. Do tej nominacji niewątpliwie przyczyniła się zdobyta wtedy popularność.

 

Z perspektywy nietoperza

Zawistnicy zarzucają posłowi efekciarstwo, inicjatywy „pod publiczkę”, koncentrowanie się na autoreklamie. Nie w smak im, że nawet lokalna rekreacyjna impreza, festyn, przegląd orkiestr dętych nie mogą się obejść bez Van Der Coghena, jeśli wiadomo, że pojawi się tam także radio i telewizja.

Jakże to swojskie, rodzime, nasze. Ta bezinteresowna zazdrość nieudaczników, to cierpienie z powodu czyjegoś sukcesu, negowanie cudzego dorobku.

Co by o Piotrze Van Der Coghenie nie powiedzieć, swojej pozycji dochrapał się bez niczyjej pomocy.

Ratownictwo w połowie dotowane jest ministerialnie (MSW), ale w połowie musi utrzymywać się samo. Zarabiać chociażby na zabezpieczaniu wspomnianych masowych imprez. A to, że przy okazji efektowny ratowniczy pokaz sfilmuje telewizja, że dwa zdania wypowie przed kamerą szef grupy, to z praktycznego punktu widzenia czysta korzyść.

Fundatorzy drogiego specjalistycznego sprzętu mają mniej rozterek finansując coś, co chętnie kupują media, niż gdyby przyszło im wspierać nawet najszlachetniejszą, lecz zakamuflowaną działalność.

W nowocześnie myślącym, konsumpcyjnym społeczeństwie nikogo nie śmieszyłby czerwony, naszpikowany logami sponsorów polar posła Van Der Coghena i jego notorycznie wpięty w ucho słuchawko-mikrofon. Przeciwnie, poseł także wśród wrogów cieszyłby się uznaniem za skuteczność

***

Jura Krakowsko-Częstochowska jest krainą wyrastających nad linią horyzontu wapiennych skał, ale też około tysiąca ośmiuset jaskiń. Szkoda, że tak często ludzie oceniają tu bliźnich nie z perspektywy krążącego nad skałami ptaka, lecz zimującego w jaskini nietoperza.

Maciej Pawłowski

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi