Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2008-04-04

Data utworzenia: 2008-04-04

Irlandzkie referencje

 

Przed samą Wielkanocą przelot kosztowałby znacznie więcej. Tydzień przed świętami ceny biletów utrzymywały się jeszcze w powszedniej normie, z czego skorzystali nie tylko Grzegorz i Magda.

 

Samolot z Dublina wypełniony był spieszącymi na rodzinne spotkania Polakami. W przeciwieństwie do większości pasażerów, Grzegorz i Magda na dłużej rozstali się z Irlandią. Przed nimi piąty rok studiów, czas zaliczania obowiązkowych przedmiotów i pisania pracy magisterskiej. Nad podręcznikami Grzegorz ślęczeć będzie w domu z widokiem na kościół i strażacką remizę. Magda do uczelnianej biblioteki ma znacznie bliżej. Mieszka w jednej z wysuniętych dzielnic stolicy województwa.

 

Jakże wielki mentalny dystans dzieli ich od pokolenia własnych rodziców. Od nieodległej przeszłości, w której zahukany chłopak z bardziej wiejskiej niż miejskiej okolicy niepewnie poruszał się w świecie zatłoczonych ulic, blokowisk, wielkich sklepów, kin, restauracji i studenckich klubów. Od przeszłości, w której podobni Grzegorzowi, ambitni młodzi ludzie, walczyli o piątki w indeksach, znosząc fanaberie kolegów z akademika i czekając na przysyłany z domu smalec ze skwarkami.

 

 

Na początek Antwerpia

 

Grzegorz nie ma i nie musi mieć małomiasteczkowych kompleksów. Jest Europejczykiem, swobodnie czującym się w metropoliach Starego Kontynentu, wśród prowadzących światowe interesy biznesmenów i w kontaktach ze swoją miastową dziewczyną.

 

- Katowicka Akademia Ekonomiczna ma bardzo dobrze działające biuro wymiany międzynarodowej. Mogę śmiało powiedzieć, że wyzyskałem wszystkie stwarzane przez uczelnię możliwości dokształcania się za granicą – twierdzi Grzegorz.

 

Po raz pierwszy skorzystał z nich na trzecim roku studiów. Edukacyjny program Sokrates dotyczy niemal wszystkich poziomów zdobywania wiedzy, od szkół średnich po studia doktoranckie. Problem w tym, że nie każda placówka oświatowa informuje o nim podopiecznych i zachęca do otrzaskiwania się z Europą. Otrzaskiwania nie w fartuchu barmana, czy murarskim drelichu, lecz w szkolnej ławie.

 

- Wypełniłem formularz, jako kraj docelowy wybrałem Belgię i Holandię, jako język wykładowy angielski, odbyłem rozmowę kwalifikacyjną i trafiłem do Antwerpii.

 

Czteromiesięczny kurs biznesu był okazją do poznania tej sfery od bardziej praktycznej strony.

 

- Naszymi nauczycielami byli ludzie z branży, menedżerowie, biznesmeni na dużą skalę.

 

Wysłannikom Sokratesa zarekomendowano listę stu sześćdziesięciu landlordów – zaufanych, sprawdzonych właścicieli kwater. Grzegorz i jego dwaj koledzy mieszkali komfortowo, w ramach programu zwiedzali Belgię, zajrzeli do Parlamentu Europejskiego i kilku innych miejsc, których pominięcie byłoby równie grzeszne, jak wizyta w Rzymie bez oglądania papieża. Celem Sokratesa jest także przybliżanie kultury kraju goszczącego jego uczestników.

 

Do pobytu trochę się dopłaciło. Unia Europejska niby refunduje różnice w kosztach

Utrzymania, między „tu” a „tam”, ale żywić się trzeba na własną rękę (i portfel).

 

 

Młodziakom ufają

 

Ostatnie dwadzieścia sześć tygodni Grzegorz eksplorował Dublin. Tym razem już z Magdą i w ramach innego programu unijnego. Leonardo umożliwia odbywanie praktyk w wybranej przez stażystę bądź wskazanej mu firmie. Rekrutacja przebiega podobnie jak w przypadku Sokratesa.

 

- Wróciliśmy na lekkim finansowym plusie – ujawnia Grzegorz.

 

- Oprócz unijnych pieniędzy z Leonarda, płacono nam za wykonywane czynności. Nie zawsze tak bywa. Na przykład jedna z wiedeńskich firm przyjmowała młodzież bez wynagradzania jej pracy.

 

Magda poznała irlandzką przedsiębiorczość w niewielkiej firmie sprzedającej sprzęt komputerowy.

 


Tak naprawde Dublin jest bardziej ruchliwy.

 

 

- Byłam administratorem strony internetowej czterech sklepów. Aktualizowałam ofertę, przygotowywałam katalog na rok 2008, opisywałam asortyment, wymyślałam nawet slogany reklamowe.

 

Zaskoczyło ją zaufanie, jakim obdarza się młodych, niedoświadczonych ludzi.

 

- W Polsce studenckie praktyki trwają miesiąc. W tak krótkim czasie nie sposób opanować nawet podstawowych w określonej dziedzinie umiejętności. Pracodawca traktuje studenta jak zło konieczne, izoluje go od zadań wymagających jakiejkolwiek odpowiedzialności. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Mnie, przyszłemu specjaliście od handlu zagranicznego pozwalano na takiej praktyce odbierać telefony.

 


Patrykowi na imieniny.

 

Grzegorz znalazł się w poważnej agencji handlującej zagranicznymi (dla Irlandczyków) nieruchomościami. Robił mniej więcej to, co Magda, łączył funkcje informatyka i marketingowca.

 

- W Irlandii domy są horrendalnie drogie, ich ceny trzykrotnie wyższe niż chociażby w Hiszpanii. Pewnie dlatego wielu ludzi po trzydziestce mieszka jeszcze z rodzicami, a ci, którzy pragną własnego lokum, kupują je np. na południu kontynentu. Moja agencja proponowała nieruchomości do własnego użytku i do celów inwestycyjnych.

 

Jego współpracownicy porównywali dawne czasy z obecnymi.

 

- Zdaje się, że dobrobyt oduczył Irlandczyków pracowitości. Podobno kiedyś byli bardziej zaangażowani i mniej wybredni w robocie. Dzisiaj ich wymagania wobec pracodawców są wygórowane, tam gdzie praktykowałem rotacja kadrowa była dość spora.

 

 

Góralu, pewnie ci żal

 

Jeśli jest się w Dublinie, to w jakimś sensie nie wyjeżdża się z Polski.

 

 - W tym czteromilionowym państwie we wrześniu ubiegłego roku legalnie pracowało dwieście pięćdziesiąt tysięcy naszych rodaków – jak na ekonomistę przystało, operuje statystyką Grzegorz.

 

Współlokatorzy kwater, sklepowe szyldy i słyszane na ulicy słowa świadczą o rzeczywistej polskiej inwazji. Nie zawsze jest ona powodem do chluby.

 

- Przez pierwsze trzy miesiące korzystaliśmy z usług pewnego cwaniaczka. Gość był od dwóch lat zakotwiczony w Dublinie, pracował w budownictwie, wynajmował mieszkania od Irlandczyka i podnajmował je głównie Polakom. Zrezygnowaliśmy, gdy facet zaczął mieć problemy z rozliczeniem płaconych przez nas rachunków. Raz zasugerował używanie piecyków elektrycznych, czego na pewno nie wytrzymałaby instalacja, potem nie wiedział, jaki rodzaj paliwa zakupić do ogrzewania olejowego – wspomina Grzegorz.

 


Tutejsze autobusy lubią się spóźniać.

 

Przenieśli się do obszernego domostwa człowieka, którego irlandzcy rodzice wyemigrowali w latach trzydziestych za ocean. Urodził się w Stanach, żył w nich czterdzieści lat, jako wzięty prawnik dorobił się tam pierwszego miliona. Dwadzieścia lat temu postanowił wrócić do kraju przodków.

 

Kontakty Magdy i Grzegorza z Amerykanami przekonały ich, jak dobrze być w Unii Europejskiej.

 

- Jeden z nich egzystował u siebie jako zadowolony z życia menedżer, do Irlandii przyjechał za dziewczyną. Teraz jest bezskutecznie poszukującym zatrudnienia bezrobotnym, bo oferty pracy kierowane są w pierwszej kolejności do obywateli Wspólnoty.

 

Polacy mają, więc w Irlandii lepiej niż jankesi, mają też zazwyczaj lepiej niż w rodzinnych stronach. Lepiej, choć nie zawsze godniej.

 

- Poznaliśmy księgową, która, by zarobić na studia córek, sprząta sklep.

 

Dla wielu nieznajomość języka jest powodem społecznej degradacji lub w ogóle pozbawia ich szans na pracę.

 

- Góral z Nowego Targu starał się o posadę kasjera w markecie. Stosując transkrypcję fonetyczną, uczyliśmy go odpowiedzi na pytania standardowej rozmowy kwalifikacyjnej. Po co przyjechał, jakie ma doświadczenie, jakie są jego plany itp. Nasze wysiłki spełzły na niczym. Góral musiał wracać do hal.

 

Irlandzka koleżanka Magdy opowiadała jej o architektach, inżynierach, ludziach z naukowymi cenzusami układających paczki w magazynie.

 

***

 

Grzegorz i Magda zaliczają się do krążącej po Europie polskiej elity. Do świetnie wykształconej, doskonale władającej językiem i wspaniale ocenianej studenterii z kraju Lecha Wałęsy i Jana Pawła II.

 

- Agencja zaproponowała mi stałą pracę – mówi Grzegorz.

 

- Dostałam świetne referencje – mówi Magda.

 

- Czy wyemigruję na zawsze? Nie wiem. Jeśli zdecyduje się na wyjazd, to na pewno nie po to, by jak ci zdegradowani architekci, dźwigać ciężary w składach lub nalewać piwo w pubach – dodaje Grzegorz.

 

Maciej Pawłowski

 

 


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi