Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2008-04-18

Data utworzenia: 2008-04-18
Data modyfikacji: 2010-07-19

Niech żyje targ!

Tam posyłała matka po pęczek włoszczyzny i młode ziemniaki. Teraz takiej włoszczyzny ze świecą szukać. Obwiązane białą nitką marchew, pietruszka, kawałek selera, kalarepy i włoskiej kapusty wrzucało się do rosołu, a on nabierał aromatu, jakiego nie nadadzą żadne, z osobna wrzucane warzywa.

 

 
Jadą, jadą, jadą.

 

 

Tam kupowało się noworoczną choinkę i znało twarze straganowych przekupniów. Siwa, zwalista handlarka sprzedawała sznurówki, naftalinę i saletrę w nylonowych woreczkach, która zmieszana z cukrem nadawała impet własnoręcznie wykonanym petardom.

 

To było targowisko w dużym mieście. Takim z fabrykami, kopalniami i czerwonymi tramwajami. Wypełniało luki w masowym handlu, palaczy kusiło tańszymi niż w kiosku fajkami, a wszystkich świeżymi jajami i chlebem z prywatnych piekarń, po który do okrytych brezentem Żuków ustawiała się długa kolejka. Z czasem jego żywnościowy charakter zaczął ustępować naporowi innych branż.

 


Kto by się bawił w detal.

 

Karlał sektor warzywno-owocowy, na kolejne połacie placu wkraczali ofensywni self-managerowie z działów odzieżowego i obuwniczego. Zwężały się alejki między wieszakami, lecz, paradoksalnie, wzbogacał asortyment bazarowych towarów. Coraz mniejsze handlowe skrawki okupowali Ukraińcy z artykułami przemysłowymi i mniej skomplikowanym sprzętem gospodarstwa domowego.

 

Za grosze można było nabyć u nich korkociąg prostujący się przy próbie wyciągnięcia korka. Lotne grupy tworzyli chłopaki stroniące od upokarzającej fizycznej roboty. Przechadzali się po placu z mechaniczną papugą, której odtworzony z taśmy głos konfidencjonalnie proponował: - „Wódeczka, spirytusik, wódeczka, spirytusik...”.

 

Aż nastał czas cywilizowania handlu. Czas oklejania czerwonych tramwajów kolorowymi reklamami, zastępowania wysłużonych sal kinowych multipleksami, równania z ziemią tego, co stare, tradycyjne i niemodne. Na dawnym targowym placu stoi dzisiaj Centrum Rozrywki o efektownie brzmiącej nazwie.

 

***

 

Tych gwarnych, rojnych miejsc trzeba szukać w coraz odleglejszych rewirach, bliżej wiosek, gdzieś na zadupiu, uboczu, na mocno niedosłyszącej prowincji.

Tam inne nieco bazary, bardziej hurtowe, rolnicze, dla chłopów szukających siewnego ziarna, paszy lub gadziny do chlewa, obory czy kurnika.

Taki bazar można znaleźć w Żarkach, jakieś sześć kilometrów za słynącym z produkcji pralek „Frania” Myszkowem.

W odróżnieniu od Żarek-Letnisko, te nazywane są żydowskimi. Żydzi pierwsi żyli tu z handlu. Pozostał po nich ciąg gospodarczych budynków z kamiennymi ścianami i drewnianymi wrotami. Między nimi w każdą środę zawiera się drobne i całkiem spore transakcje.

Skoro świt bieżą do żydowskich Żarek kupcy i spożywcy. W przykościelną uliczkę skręcają wyładowane rozmaitościami półciężarówki, traktory, auta z przyczepkami, rowery ciągnące za sobą zgrabne wózeczki.

W jednych worki, w drugich siaty, w trzecich coś gdacze, w następnych kwiczy, parska i pobekuje.

 


Po pierwszych handlarzach zostały kamienne budynki z drewnianymi wrotami.

 

Tu życie budzi się przed szóstą. Z każdą minutą plac gęstnieje od skręcanych z aluminiowych rurek parasoli i wiatek, w okienkach murowanych kiosków przybywa oferowanego dziś dobra.

 

W centrum jarzyniaki i kwiaty detalistów otoczone garniturami oraz tym, co można kupić w każdym ogólnospożywczym. Na zupełnych obrzeżach śniadzi mężczyźni kucają przy rupieciach o trudnym do określenia przeznaczeniu. Pewnie ktoś tego potrzebuje, skoro przygnało ich aż znad Dunaju.

 

Wśród kamiennych budynków stragany ze wszystkim. Bardziej specjalistyczne są murowane kioski. Blondyna z agresywnym makijażem wygląda jak leśniczy, niecałkiem przebrany do występu w jasełkach. Nogi w zgniłozielonych spodniach zaczynają się złotymi kozaczkami, na zgniłozielonym sweterku złoty napis „FREE GIRL”. Ta wolna dziewczyna nader przekonywująco zachwala świeże kurczaki.

 

***

 

Ale esencję środowego targu w żydowskich Żarkach stanowi wysunięta, rolnicza zona. Można z niej wyjechać za bezcen sprawionym sobie ciągnikiem, z kurą pod pachą i byczkiem na postronku.

 


Ciągniki za bezcen.

 

Hodowcy widowiskowo rozstawili klatki z dorosłym ptactwem, w pudełkach głowy podnosi kacza, gęsia i bóg wie jaka młodzież. Wesołe ryje prosiaków wynurzają się z odkrytej budy Lublina, wąsaty gospodarz prezentuje zalety fikającego cielaka.

 

Z zachodu, wschodu, północy i południa ciągnie na targ zapobiegliwa klientela. Po środowych zakupach żadna wojna nie straszna. Mąki, cukru, kaszy wystarczy na następnych parę miesięcy.

 

Wychudzony Marcin pokonał trzydzieści kilosów, by zaopatrzyć się w szykowny ślubny gajerek. Kreację wybierała narzeczona. Po długim macaniu marynarek, gładzeniu kamizelek, sprawdzaniu na szwach spodni zdecydowała się na model czarny, prążkowany, ze znacznym udziałem włókien naturalnych. Doszły jeszcze czarne lakierki i chłopak do ślubu jak ta lala.    

 


Widowiskowo rozstawione ptactwo.

 

Krzepki Bolesław nabył siedem metrów pszenicy. Krążył między zbożem, porównywał ceny, chytrze doszukiwał się w nim wilgoci, wprawnym nosem ziarnokipera wychwytywał nikłe oznaki stęchlizny.

 

Uznawszy towar za godny rozrzutności, przeszedł do rutynowych zabiegów rozrzutność ograniczających. Przeciągające się negocjacje, rezygnowanie po to, by za chwilę zmienić zdanie są czymś w rodzaju pracowniczych szkoleń bhp. Odbębnić je trzeba, choć głębszego sensu w tym nie ma.

 

Sposoby rozmiękczania serca i mózgu doskonale znają obie strony i obie dobijają targu zadowolone. Stanęło na tym, że Bolesław urwał trochę na cenie worków, bo sam je dostarczył.

 

– I tak opchnąłem za tyle co chciałem – pomyślał sprzedawca.

 

 – Z tym przesypywaniem pszenicy zadałem sukinkotowi trochę roboty – pomyślał Bolesław. 

 

Podobną procedurę przeszedł jego towarzysz o ogorzałej twarzy. Żydowskie Żarki opuścił wraz ze żwawym, różowiutkim warchlakiem, który w jego zagrodzie ześwini się do tego stopnia, by przerobić go na kiełbasę.

 

***

 

Targowisko ma swoje centrum informacyjne. Z odrapanej hurtowni „Hermes”, niczym szmer przesiewanych pereł, dochodzi głos spikerki reklamującej wspaniałe dywany, ale też ostrzegającej przed działaniami kieszonkowców. Uprasza o pilnowanie wartościowych przedmiotów i unikanie ścisku.

 


Stąd plyną komunikaty.

 

Tak po dwunastej ścisku tu jednak trudno uniknąć. W środę senne miasteczko zamienia się w ruchliwy stłoczony ul. To jego złoty, szczęśliwy dzień. O szóstej właściciel otoczonej murem posesji u wylotu ulicy, jakżeby inaczej, Targowej rozstawia obustronną reklamę swojego strzeżonego parkingu. Na ruch w interesie narzekać nie będzie, chociażby dzięki siejącej niepokój spikerce z „Hermesa”. Rośnie zainteresowanie żydowskimi Żarkami, bo to jedyny taki bazar, który przetrwał w rozległej okolicy. – Kiedyś gadziną handlowało się w Siewierzu, ale będzie z osiem lat jak ten handel się skończył.

 

***

 

Znikają z horyzontu targowiska, bazary, hale. Warunki sanitarne, estetyka, Europa to argumenty służące likwidacji miejsc realizowania ludzkich potrzeb i tego, na czym ta Europa została ufundowana. Bo przecież na jej aksjologiczny system składa się swoboda ekspresji, handlu, zawieranie paktów drogą consensusu, korzystanie z wolności bez względu na rasę, religię i polityczne przekonania. A więc wszystko to, co zawiera w sobie targowisko. Niszcząc je, pozbawia się cojones dzielnice wielkich miast i je same. Ich charakteru nie tworzą apartamentowce, willowe dzielnice i luksusowe hotele, lecz bazary, slumsy, więzienia.

 

Centrów rozrywki i multipleksów nie odwiedzają ani emeryci, ani bezrobotni młodzieńcy. Nie zajrzą do nich zrujnowani drobnotowarowi rolnicy.

 

Zatem, niech żyje targ! Choć on właściwie umiera.

 

Maciej Pawłowski

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi