Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2008-07-07

 A na co nam powiaty?
 

Minęło dziesięć lat od uchwalenia ustawy o samorządzie powiatowym, dzięki której mamy dzisiaj 314 tzw. powiatów ziemskich. Obowiązująca od 1 stycznia 1999 roku reforma administracyjna miała służyć decentralizacji państwa, poszerzeniu demokracji, zwiększeniu wpływu lokalnych społeczności na kształt i rozwój ich najbliższego otoczenia.
 

Pojawienie się powiatów nie było nowością, istniały one zarówno w II Rzeczpospolitej, jak i w Polsce Ludowej. Dopiero w 1975 roku zlikwidowano je, zwiększając ilość województw.

W międzywojennej i powojennej rzeczywistości „Polska powiatowa” była synonimem ekonomicznego i kulturalnego niedorozwoju, siedliskiem zgubnych przesądów, rezerwuarem potrzebnej miastom, choć niewykwalifikowanej siły roboczej. Awans społeczny polegał na wyrwaniu się z małego światka wiosek i sennych miasteczek do wielkiego świata fabryk, barów mlecznych, ruchliwych ulic.

Pomysłodawcom współczesnej Polski powiatowej chodziło zapewne o uczynienie jej antytezą tamtej, zamierzchłej przeszłości. O powiat twórczy energią swoich mieszkańców, modernizujący się i stający docelowym lokum urodzonych w nim obywateli. Co z tego wyszło? Chyba nie wszystko.
 

Nieskoordynowane zadania
 

Jeszcze przed uchwaleniem ustawy, w lutym 1998 roku Centrum Badania Opinii Społecznej ujawniło wyniki sondażu diagnostycznego zatytułowanego „Czy powiaty są potrzebne?”. Mniej więcej po połowie rozdzieliły się twierdzące i przeczące odpowiedzi respondentów. Blisko pięćdziesiąt procent upatrywało w powiatach szansy usprawnienia administracji i poprawy funkcjonowania gmin, mniej niż dwie piąte dostrzegało w nich możliwość zwiększenia wpływu prostego człowieka na władzę, a aż trzy piąte wiązało reformę powiatową z nadmiernym wzrostem biurokracji. Jak widać, naród euforii wobec projektowanych zmian administracyjnych nie przejawiał.


Czemu wzbudza spoleczną niechęć?
 

Rok po ich wdrożeniu bezlitosnej oceny dokonał profesor Witold Kieżun, prakseolog, czołowy, nie tylko w Polsce, ekspert w dziedzinie zarządzania. Na łamach „Kultury” (3/630 2000) w artykule „Czterej jeźdźcy apokalipsy polskiej biurokracji” pisał: - „W świetle porównania ze strukturami UE koncepcja polskiego powiatu jest zasadniczym odstępstwem od racjonalnej struktury podporządkowanej regułom sprawności. Typowy polski powiat ziemski to 30-tysięczne miasto i 50 tysięcy ludności w 8 gminach. Tą małą jednostką kieruje starosta, wicestarosta, 3 do 5 członków zarządu i 21-osobowa rada powiatu. W tym 30-tysięcznym mieście mamy jeszcze burmistrza i 23-osobową radę miejską. Majątek powiatu to majątek generujący koszty (szkoły, szpitale, domy pomocy społecznej). Powiat ma rażący niedobór środków własnych. Nawet w małej Grecji II szczebel samorządowy obejmuje 206 tys. ludzi, Hiszpania, kraj mniej więcej o równej liczbie ludności co Polska, utworzyła II szczebel dla 752 tys. mieszkańców. Powiat w Polsce jest więc klasycznym przykładem gigantomanii, rozbudowy nadmiernej ilości małych jednostek organizacyjnych.”
 

Naukowiec, naukowcem, ale po kolejnym roku egzystowania powiatów zachwytem nad reformą nie pałali również praktycy. W raporcie „Rzeczpospolitej” z października 2001 roku ówczesny starosta łomżyński Wojciech Kubrak, choć starał się o wyważony ton, dał lekki upust temu, co w duszy bolesną zadrą mu tkwiło: - „Dobrze oceniam reformę powiatową, mimo że wydzielenie powiatów ziemskich i grodzkich nie było najlepszym pomysłem. Przez to jest wiele komplikacji, a samorząd jest rozbity i słabszy. Tak jest w naszej sytuacji, - jest powiat ziemski łomżyński i powiat grodzki, czyli miasto Łomża. Co prawda w wielu kwestiach współpraca moja i prezydenta miasta układa się bardzo dobrze, ale nie wszędzie tak jest.”
 

Starosta sejneński Piotr Marian Luto był mniej powściągliwy: - „Finansowanie małych powiatów ziemskich, takich jak nasz, jest fatalne. To jest problem podstawowy. Prawda jest taka, że znaczną część subwencji drogowej przeznaczamy na utrzymanie powiatu. Jako starostowie jesteśmy w tej chwili tylko administratorami i to w dziedzinach, które nie dają dochodu - służba zdrowia, bezpieczeństwo, pomoc bezrobotnym. Powiem więcej - nie tylko nie dają dochodu, ale musimy na nie dużo wydawać. [..] Sądzę, że kompetencje powiatów to zbiór nieskoordynowanych zadań przekazanych z województw i gmin.”.
 

Z pewną taka niechęcią
 

Niestety po siedmiu latach tamte słowa nie straciły ponurej wymowy. Wraz z reformą, na powiaty, niczym plagi egipskie, spadły najbardziej niewdzięczne, by nie powiedzieć wredne, obowiązki. Zajmowanie się służbą zdrowia, ponadgimnazjalną oświatą, drogami. Krótko mówiąc tym, co zawsze u nas leżało i kwiczało.


Musieli aż tyle pomników pobudować.
 

Starostowie na bezczynność nie narzekają. Im więcej gmin na ich terenie, tym częściej pojawiać się trzeba na jubileuszach kół gospodyń wiejskich, składać kwiaty pod pomnikami, uświetniać, zaszczycać, patronować i podnosić rangę. Bywa, że z okazji patriotycznego święta obskoczyć przychodzi ze sześć mszy świętych w jednym dniu. W wydatkach niemałą pozycję stanowią koszty zakupu i grawerowania rozmaitych pucharów, pater, tabliczek i innych gustownych drobiazgów, wręczanych przedstawicielom lokalnych elit: sołtysom, wójtom, kapelmistrzom orkiestr dętych.

Czemu powiaty i ich gospodarze tak często koncentrują na sobie społeczną niechęć? Ano dlatego, że przy i tak dość szczupłych, realnych kompetencjach, nie wiele mogą zdziałać w tym co jest ich wyłączną domeną.

Powód?

Zawsze ten sam. Chroniczny brak kasy oraz lenistwo, oportunizm, bezmyślność i spychoterapia kolejnych rządów.

Powiat zawierciański stanowi doskonałe poletko doświadczalne powszechnych zjawisk. Na tysiącu trzech kilometrach kwadratowych mieszka około stu dwudziestu tysięcy luda. Mniej więcej połowa tej zbiorowości zasiedla metropolię, czyli miasto Zawiercie, reszta rozsiana jest po dziewięciu bardziej wiejskich niż miejskich gminach. Powstał z obszarów należących przedtem do województw katowickiego i częstochowskiego, co czyni go zlepkiem odmiennych tradycji, nawyków, ekonomicznych powiązań.

Rozległy obszar dysponuje jednym szpitalem, oddziałem pogotowia ratunkowego, którego główna siedziba mieści się w oddalonym od Zawiercia o ponad trzydzieści kilometrów Sosnowcu, trzynastoma ponadgimnazjalnymi placówkami oświatowymi (szkołami i zespołami szkół). Powiatowy Zarząd Dróg odpowiedzialny jest za stan ponad pięciuset kilometrów komunikacyjnych szlaków, stopa bezrobocia oscyluje wokół osiemnastu procent.

 

Siła złego na jednego 

Rządząca powiatem ekipa może uchodzić za grono specjalistów od blasków i cieni reformy administracyjnej kraju. Zanim Ryszard Mach został starostą, był prezydentem, a przedtem wiceprezydentem Zawiercia. Wicestarosta Leszek Wojdas był starostą od początku istnienia powiatu, zaś członek Zarządu Jan Grela, wicemarszałkiem województwa śląskiego. Po ostatnich wyborach samorządowych wszyscy spotkali się na jednym podwórku.

- Budżetu powiatu nauczyłem się na pamięć w pół godziny – z niejakim zdziwieniem stwierdził Ryszard Mach. Zdziwiony był także niskimi zarobkami urzędników, a do zdziwienia dołączył niepokój, gdy przekonał się jak zadłużone jest gospodarstwo, którym przyszło mu kierować. Dopiero z tej perspektywy zaczął rozumieć dyskomfort starostowania. Energiczny, przedsiębiorczy i zaradny Ryszard Mach, przyzwyczajony gładko realizować strategiczne miejskie cele, mający na koncie parę znaczących dla najważniejszego ośrodka inwestycji, dopiero teraz dojrzał do obiektywnej oceny dorobku powiatu, który mógł mu się wydawać niezbyt przekonywujący.
 


Energia Ryszarda Macha (w krawacie) nie znjaduje w Starostwie szerokiego upustu.

Przyszpitalna kotłownia, modernizacja bloku operacyjnego (co prawda współfinansowana z funduszy UE, ale z niemałym udziałem samorządowego budżetu), trzy sportowe hale, nowa siedziba zespołu szkół w jednej z gmin, to nie takie zupełne nic. Zważywszy, że inwestycyjne pożyczki trzeba spłacać, a podstawowym źródłem dochodu jest rządowa jałmużna w postaci subwencji i dotacji.
 


Po pieniądze ręce wyciągają do powiatu.

Szpital, w którym najwięcej do powiedzenia mają związki zawodowe, to prawdziwa kula u nogi. Za premiera Buzka tzw. ustawa 203 dała pielęgniarkom podwyżki jedynie na papierze. O ich spełnienie ręce sióstr wyciągnęły się do powiatu. Lecznica, na konto udzielającego poręczeń samorządu, bez opamiętania zaciąga kredyty, a kiedy trzeba je spłacać, domaga się prolongaty terminów.
 

Nie dyrekcja, lecz wykorzystujący dobre układy z lokalnym biznesem Ryszard Mach dba, by pojawiała się w niej nowoczesna aparatura, a sponsorzy nie zapominali o służbie zdrowia. Cóż z tego, skoro społeczeństwo ocenia opiekę medyczną przez prymat straszących odejściem od łóżek pielęgniarek, ich ordynarnego odnoszenia się do pacjentów i wielomiesięcznego oczekiwania na przyjęcie u specjalisty. Ci, których na to stać wolą leczyć się w aglomeracji zagłębiowsko-śląskiej: Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Katowicach.
 


Jan Grela obrywa za niezasłużone winy.

Fatalne drogi są nieśmiertelnym wątkiem interpelacji radnych. Reprezentanci peryferii bezskutecznie wykłócają się o załatanie dziur na jakichś trzeciorzędnych trasach, a tymczasem koło nosa przechodzi ciężki, unijny szmal na strategiczne projekty drogowe. Powiat niestety nie wytrzaśnie miliona euro, które trzeba byłoby do nich dołożyć.
 

Jan Grela jako wicemarszałek województwa wspierał rozwój powiatowej bazy sportowej, wielbiono go i serdecznie witano w gminach, a teraz obrywa od mieszkańców za niezasłużone winy. Chociażby za to, że gość, któremu zgodnie z prawem wydano pozwolenie na rekultywację terenu po byłej cementowni, zwozi tam niebezpieczne odpady.
 

W zlikwidowanej dziesięć lat temu fabryce eternitowych materiałów budowlanych wciąż zalega azbest. Przywrócenie tego rejonu środowisku wymaga milionowych nakładów. Choć to teren Skarbu Państwa, żaden z minionych rządów sprawy z martwego punktu nie ruszył, zaś ostatnio ruszył w ten sposób, że przekazał ją powiatowi.
 

***
 

W powiatach ziemskich nie udało się także zbudować terytorialnych społecznych więzi, stworzyć regionalnej wspólnoty. Nie tylko wójtowie i burmistrzowie uważają ten twór za obcy i zbędny, nawet powiatowi radni często nie potrafią wznieść się ponad wąsko pojęty interes swojego gminnego elektoratu.


 

Maciej Pawłowski


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi