Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2008-08-08

W Europę na dwóch kołach

Zwykło się mawiać, że podróże kształcą. Że nie jest to tylko wyświechtany frazes wie doskonale pan Zygmunt Wojtasek z Opolszczyzny, który od lat przemierza Europę wzdłuż i wszerz. Nie korzysta z tanich linii lotniczych, ani z ofert last minute. Nie interesują go oferty biur podróży, bo zdecydowanie woli chadzać, a właściwie jeździć, własnymi ścieżkami. Nic w tym dziwnego, skoro od kilku lat praktycznie nie rozstaje się ze swym jednośladem. Dziś śmiało może powiedzieć, że turystyka rowerowa to jego wielka pasja.

Bo Niemcy podarowali im rowery...

- Do tej pory zjeździliśmy Polskę, Czechy, Austrię, północne i południowe Niemcy, Belgię, Holandię, Luksemburg i kawałeczek Francji. Moi nieodłączni towarzysze to kolega Edward Żabski oraz syn Daniel. Zaczęło się to od tego, że Niemcy podarowali nam, a właściwie Społecznemu Stowarzyszeniu na rzecz Rozwoju Wsi Stobrawa, Stare Kolnie i Rybna kilka rowerów. Ich intencją było to, żeby zaszczepić w nas chęć do uprawiania turystyki rowerowej. Aby pokazać, że coś w tej materii u nas drgnęło, postanowiliśmy na tych rowerach się do nich wybrać - wspomina Zygmunt Wojtasek.

 
Zygmunt Wojtasek wraz synem przy wjeździe do Ruderrdorfu
– miasteczka zaprzyjaźnionego z gminą Popielów.

- To była pierwsza duża wyprawa. Jechaliśmy przez Czechy, Austrię, Bawarię aż do Nadrenii i Witenbergii. Skoro nam się to wszystko tak pięknie udało, postanowiliśmy zaplanować kolejną fantastyczną wyprawę po krajach Beneluksu.
 

Długi dystans – nie od razu

Aby zmierzyć się z trasami długości kilkuset, albo nawet kilku tysięcy kilometrów, nie można wsiąść na rower ot tak prosto z marszu. Trzeba najpierw poświęcić mnóstwo czasu na przygotowania. Pan Zygmunt, rozpoczynając treningi, pokonuje dystans długości 25 kilometrów, po tygodniu dokłada 10 kilometrów, a potem systematycznie zwiększa dystans do około 120 kilometrów. Dlaczego aż tyle? Bo właśnie tyle wynosi średnia odległość, jaką w ciągu jednego dnia pokonuje podczas wypraw. Ale nie chodzi w tym wszystkim tylko o kondycję fizyczną.


A to już Berlin i wszystkim chyba znana Brama Brandenburska.

- Koniecznie należy porządnie opracować mapę przejazdu, zaplanować jak długie odcinki będziemy pokonywali każdego dnia. Najważniejsze jest jednak to, by wcześniej zarezerwować sobie noclegi. Nauczyłem się tego, bo na własnej skórze przekonałem się, że potem na trasie mogą być z tym niemałe kłopoty. Podczas pierwszej wyprawy jechaliśmy „w ciemno”. Skutek był taki, że potem do nocy szukaliśmy kwatery. Nazajutrz wsiadało się na rowery z niepewnością co do tego, gdzie będziemy za kilkanaście godzin nocować, a ze stresem źle się podróżuje.

- Wolę zatem wszystko wcześniej zaplanować, przynajmniej człowiek czuje się komfortowo - opowiada Zygmunt Wojtasek.

 - W Czechach i Niemczech nie ma większego problemu z noclegami, bo tam jest dużo pensjonatów. W Holandii sytuacja diametralnie się zmienia, bo mają tam albo schroniska młodzieżowe, albo kosztowne hotele, na które nas nie stać.
 

Belgia ich zaskoczyła

Na trasie rowerowej wyprawy przez Europę można z bliska przyjrzeć się poszczególnym krajom, zapoznać się ich charakterystyką. To zdecydowana przewaga jednośladu napędzanego siłą mięśni nad samochodem. Przemierzając stary kontynent autostradami, nie widzimy urokliwych miasteczek, zabytków, nie spotykamy interesujących ludzi. Rower daje zupełnie inne możliwości.


W Hadze nad Morzem Północnym.

- Można poczuć specyfikę każdego zakątka. Ja w swoich wspomnieniach często wracam do Belgii. Dlaczego? Bo zaskoczyło mnie tam kilka rzeczy. Przede wszystkim to, że sieć szlaków rowerowych niczym nie różni się od tej, jaką mamy w Polsce. Spodziewałem się, że w tak rozwiniętym państwie będzie z tym o niebo lepiej, przecież to jeden z pierwszych krajów w Unii Europejskiej - wspomina Zygmunt Wojtasek.

- Poza tym byłem bardzo zaskoczony „luzackim” podejściem Belgów do pracy. Na wszystko mają czas, za robotę zabierają się powściągliwie, ale przy tym są niebywale uprzejmi. Nie mogliśmy też pojąć tego, że oni nie mają w domach żadnych narzędzi... Z tym ostatnim mieliśmy kłopot, bo potrzebowaliśmy dokonać kilku drobnych napraw w naszych rowerach. Trzeba zatem było udać się do profesjonalnego warsztatu i tu kolejne rozczarowanie: musieliśmy czekać do jedenastej, bo specjalista smacznie sobie spał. Potem usługę z uśmiechem wykonał zupełnie za darmo. No i jak tu się na niego gniewać?
 

Dobry rower to podstawa

Najlepiej jednak, by do takich awaryjnych sytuacji wcale nie dopuszczać. Podstawowym warunkiem jest posiadanie porządnego roweru. Przede wszystkim jednoślad musi mieć mocną konstrukcję, ponieważ oprócz samego cyklisty musi udźwignąć około 30 kilogramów bagażu. Taka solidna maszyna kosztuje jakieś dwa tysiące złotych. Gdyby doliczyć do tego koszty ekwipunku, oraz wydatki związane ze sferą organizacyjną całej wyprawy, to urosłaby z tego całkiem spora sumka.

- Zwracaliśmy się wiele razy do rozmaitych sponsorów, ale kończyło się na tym, że chcieli nas uszczęśliwiać jakimiś gadżetami, koszulkami, albo czapeczkami. Nigdy nie było propozycji finansowych, dlatego nauczeni doświadczeniem bardzo ostrożnie podchodzimy do sprawy. Nie chcemy nikomu robić darmowej reklamy. Jedyne wsparcie na jakie mogliśmy liczyć, pochodziło z Urzędu Gminy. Podczas pierwszej wyprawy otrzymaliśmy pieniądze, a rok później samorząd załatwił nam noclegi i wyżywienie w zaprzyjaźnionych gminach na Zachodzie. Nie możemy też zapomnieć o wsparciu finansowym ze strony naszego stowarzyszenia.


Cykliści przy wyciskaniu soków z jabłek w Walterstadten.

Dzięki władzom swojej gminy Zygmunt Wojtasek i członkowie jego ekipy mogli między innymi zwiedzić niemiecki Rudersdorf. To miasteczko zaprzyjaźnione z Popielowem, nic więc dziwnego, że tamtejsi samorządowcy z otwartymi ramionami witali w swych progach cyklistów z Polski. Była wizyta w magistracie, rozmowy z pracownikami ratusza, no i oczywiście spotkanie z samym burmistrzem. Na jego ręce uczestnicy wyprawy przekazali między innymi koszulkę z dokładną trasą całej podróży.
 

Z aparatem fotograficznym za pan brat

- Dla nas sednem sprawy nie jest sama jazda na rowerze. Skupiamy się przede wszystkim na walorach poznawczych. W trakcie naszych wojaży staramy się zwiedzać zabytki, obiekty sakralne, muzea i inne atrakcje charakterystyczne dla danej miejscowości, czy miasta. We wspomnianym Rudersdorfie gościliśmy na przykład w bardzo interesującym Museumpark – zaznacza nasz rozmówca.

– Mam nadzieję, że to wszystko pozostanie w naszej pamięci na bardzo długi czas. A jeśli pamięć zawiedzie, to dysponujemy niezwykle bogatą dokumentacją fotograficzną. Utrwalamy praktycznie każdy etap podróży i na gorąco go opisujemy.

Potem z tych fotografii powstają wspaniałe prezentacje. Jedną z nich, dotyczącą wyprawy z 2007 roku, Zygmunt Wojtasek przedstawił podczas majowego spotkania organizacji działających na obszarach wiejskich w Marózie. Kilkusetosobowa publiczność oglądała ją i słuchała barwnych opowieści cyklisty z zapartym tchem. Wielkie wrażenie robiły przede wszystkim siła i determinacja tego pasjonata jazdy na rowerze. Mało komu udałoby się wszak przejechać w trzy tygodnie dystans... trzech tysięcy kilometrów.
 

Najpierw nad Dunaj, potem wokół Bałtyku

Pan Zygmunt oraz jego towarzysze nie spoczywają na laurach. Na ten rok zaplanowali sobie wyprawę po Czechach.

- Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to jakaś olbrzymia trasa, chcemy jednak dobrze przyjrzeć się ziemiom naszych południowych sąsiadów i... zaoszczędzić siły na przyszłoroczne wyzwania. Mamy bowiem zamiar wybrać się w podróż po krajach naddunajskich, a jeśli wszystko ułoży się po naszej myśli wyruszymy także na wyprawę wokół Bałtyku. Nie jestem pewien czy uda nam się tę nadmorską podróż zrealizować za jednym podejściem. Być może rozłożymy ją na dwa etapy.


Na trasie wyprawy znalazł się zamek myśliwski Augusta Mocnego w Moritzburgu.

Ja sobie wymyśliłem takie hasło, że świat jest piękny i wart zwiedzania. Na każdym kroku powtarzam, że widziany z roweru jest on jeszcze piękniejszy. Zawsze można zatrzymać się, zsiąść z siodełka i z bliska przyjrzeć się na przykład czemuś, czego kompletnie nie ma w żadnych przewodnikach. Poza tym w całej Europie powstaje coraz więcej ścieżek rowerowych, przez co ta forma uprawiania turystki staje się bardzo bezpieczna. Cóż, pozostaje mi gorąco polecić jazdę na rowerze, bo to także inwestycja we własne zdrowie.

 

Przemysław Chrzanowski


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi