Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2009-01-28

Scalajmy co się da

Nowocześnieje polska wieś zagrodowa. Coraz więcej w niej asfaltowych ulic, wykładanych kostką chodników i takich jak w mieście lamp. Ale to nie ona wyznacza standard krajowego rolnictwa.

Chłopska codzienność to ta od płotu do lasu, a tam po staremu. Jakieś wąskie i długie pole, brzozowy zagajnik, kawałek ornego, dalej chaszcze, miedza, ugór. Przypadkowa koncentracja drzew rzuca cień i sieje liśćmi, korzeniami wdziera się w działkę sąsiada. I jego pole wkrótce zdziczeje. Raz w roku pługiem po nim przejedzie, żeby dopłatę z Unii Europejskiej wydębić. W końcu piechotą dopłata nie lata.

Ta rzeczywista, polno-łąkowo-ugorowa wieś, rozmieniona na drobne, poszatkowana nędznymi spłachetkami tłumaczy gorycz rolników, dziedziczone po przodkach poczucie krzywdy i niechęć do każdego z wymyślonych przez ludzkość systemów polityczno-gospodarczych.

 

Do parytetu daleko

Mamy dwa miliony tych tak zwanych gusowskich, przekraczających hektar gospodarstw i milion ledwie hektara sięgających. Choć średnia powierzchnia (osiem i pół ha) przyrasta co roku o pół hektara, to i tak w tym tempie Europy nie dogonimy. 

Małorolność idzie w parze z rozczłonkowaniem areałów. Po całej wsi lub kilku sąsiednich porozrzucane są chłopskie majątki, a przeciętny rozłóg (odległość między posiadanymi poletkami) równa się dwóm, trzem kilometrom. Według naukowych wyliczeń nie powinien przekraczać ośmiuset metrów. Różnica między optymalnym a faktycznym oddaleniem obniża zyski o trzydzieści procent.


Wśród zagród coraz nowocześniej.

Powierzchnię gospodarstwa parytetowego (z którego dochód odpowiada średniemu wynagrodzeniu w gospodarce narodowej) teoretycznie ustalono na piętnaście, dwadzieścia hektarów dla upraw zbóż i pięćdziesiąt dla produkcji roślinnej. I jak tu się dziwić, że u nas biedniej niż gdzie indziej, skoro teoria pasuje do praktyki jak pięść do oka.

Łatwiej, taniej i bardziej światowo byłoby, gdyby z szachownicy obrabianych lub zapomnianych skrawków uczynić jednolitą planszę. Antek ma kawałek obok Władka, a następny przy Józku. Z Józkiem graniczy Franek, co pod nosem Władka odległą kolonią się rozpłaszczył. Wystarczy, że chłopaki wymienią się działkami i już ciągniki mniej ropy spalą, a przyczepy zbędnego powietrza wozić nie będą. Taka jest właśnie idea scalania gruntów (także dzierżawionych). Nie tyle zwiększenie produkcji, co obniżenie jej kosztów stanowi istotę tej operacji.

Scalanie jest stare jak królowej Bony włoszczyna. Problem w tym, że naród chętniej wrzuca do rosołu związane w pęczek warzywa niż poddaje się komasacji. Komuna ludzi do scalania zraziła. Ustawa z 1968 roku miała jasne, polityczno-ideologiczne przesłanie. Chodziło o wzmocnienie rolnictwa „uspołecznionego”, czyli praktykowanego w pegieerach, sławionego pokazywanymi w Polskiej Kronice Filmowej kampaniami buraczanymi i szwadronami kombajnów „Bizon”. To prawda, że na drodze do tworzenia peerelowskich „kołchozów” padała jakaś ilość trupów (wywłaszczonych gospodarzy), jednak skala niegodziwości była nieporównanie mniejsza od wyrządzonych w pozostałych barakach obozu socjalistycznego. Mimo wszystko Polska Ludowa pozostała ostoją zgubnego w rodzimej postaci, indywidualnego rolnictwa.

Od lat 70. do początku 80. scalono czterysta tysięcy hektarów. Przy okazji poprawił się stan wiejskich dróg, zadbano o meliorację. Ostatnie piętnaście lat to piętnaście tysięcy scalonych hektarów.

Właściwie po co zmieniać przestrzenno-obszarową strukturę wsi, jeśli wieś przestała być potrzebna. Upadek komuny oznaczał pojawienie się na polskich stołach zapakowanych w woreczki, jednakowych i okrąglutkich ziemniaków z Holandii, idealnie kulistych, zachodnich pomidorów, wcześniej ekskluzywnych szparagów, efektowniejszych od kalafiora brokułów. Dzisiaj dawanie dziecku jabłka, to jak kiedyś dawanie mu pomarańczy (i na odwrót).

 

Bezczynne biura

Niestety (dla rządowych ekip), scalanie stanowi pożądaną, unijną tendencję. Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich daje Polsce na jego realizację grubą forsę, jednak wdrażanie jakoś się ślimaczy.

W powiatach wyznaczane są obszary, o których scaleniu decydują starostowie. Grunt pod łączenie gruntów przygotowują tutejsze wydziały geodezji, natomiast zwieńczonego piękną mapką scalenia dokonują nadzorowane przez wojewódzkich geodetów Biura Geodezji i Terenów Rolnych.


Jozef Chmiel jest gorącym entuzjastą scalania.

- Cierpimy na bezczynność, chociaż roboty powinno być huk Jesteśmy do niej znakomicie przygotowani, ale w skali kraju logistyka została w tyle za techniką – żali się kierujący częstochowskim biurem Józef Chmiel.

– Władzy brakuje determinacji, podtrzymującą nas przy życiu kroplówką jest Urząd Marszałkowski – dodaje, narzekając na odwlekanie programu scalania. 

Jego i bielskie biuro mają obsługiwać uprzywilejowane w rozdziale unijnych pieniędzy województwo śląskie. Inne regiony dysponują mniejszą pulą, przeciw pokrzywdzeniu w tej materii do Brukseli odwołał się marszałek dolnośląski.

Średnie gospodarstwo ma w śląskim od trzech do pięciu hektarów i naprawdę jest co łączyć. Cóż z tego, skoro konkursów na dofinansowanie nie zakończono (a nawet nie rozpoczęto), forsa nie spłynęła.

– Uciekną od nas najlepsi fachowcy, a jest ich w kraju co najwyżej kilkudziesięciu, o ile nie kilkunastu. Nie będzie kim wykonywać tego skomplikowanego zadania – wieszczy Józef Chmiel.

Dyrektor częstochowskiego biura jest gorącym entuzjastą komasacji.

– Urodziłem się we wsi Stasiówka w gminie Dębica (Podkarpacie – przyp. M.P.). Nie słychać tam gderania na drogi, kanalizację i wodociągi, bo te problemy przestały istnieć już po objęciu terenu ustawą scaleniową z 1923 roku.

W województwie śląskim na jeden hektar scalanego gruntu przypada pięćset euro, a kolejne dziewięćset na późniejsze zagospodarowanie. To w nim tkwi największa dla wójtów korzyść. Z przeznaczonych na nie pieniędzy powstaną drogi zagumienne, wygodne dojazdy do pól i lasów, urządzenia melioracyjne. Scalenie pozwoli rozsądniej planować rozwój gminy. 

 

Władek przy głosie

Zdaniem Józefa Chmiela, nie ma bardziej demokratycznej rolniczej ustawy niż scaleniowa. Przedsięwzięciu musi przytaknąć co najmniej połowa mieszkańców lub właściciele co najmniej połowy gruntów. Zawiązuje się pluralistyczna, złożona z reprezentantów rozmaitych rolniczych gremiów Rada Uczestników Scalania, swoje wizje przyszłego układu działek wyłuszczają gospodarze, z chłopską logiką wypowiada się Władek, Józek, Antek i Franek. Ich rozbieżne sugestie godzi geodeta. W czasie projektowania, nie wstając zza biurka, traci na wadze od pięciu do siedmiu kilogramów. To co wymyśli na papierze, pokazuje ludziom, ale schematyczna mapka nie wszystkim przecież musi trafiać do wyobraźni. Procesja rusza w teren. Tu jakaś podmokła niecka, tam krzaki, trzeba plan zmodyfikować. Na szczęście specjalistyczny program komputerowy potrafi błyskawicznie korygować wstępne założenia.


Za płotem wciąż po staremu.

Gotowy projekt przez czternaście dni wystawiony jest na widok publiczny. Decyzje o jego zatwierdzeniu odczytuje się na ogólnowioskowym zebraniu, to odczytywanie trwa czasami parę godzin.

 

Z daleka  od Nowaka

Scalanie nie jest bułką z masłem. Boją się go wszyscy, a najbardziej starostowie.

– Józek, ty daj sobie z tym spokój. Ja chcę bez wstrząsów dotrwać do emerytury - relacjonuje dyrektor Chmiel swoje telefoniczne rozmowy z powiatową władzą.

Niemały jest także opór części mieszkańców. Bywa, że właściciel gruntu bez słowa akceptuje sugestie geodety i nagle, pod wpływem ciosającej mu kołki na głowie, żony zmienia zdanie. Kto inny zgadza się na wszystko, byleby nie graniczyć z Nowakiem, a Nowaka unicestwić niestety nie można.

Popierających scalenie starostów dyrektor częstochowskiego biura przekonuje, by nie przystępowali do zadania tam, gdzie rolnicy tego nie chcą:

- Wymagana prawem połowa chętnych to moim zdaniem za mało.

Łączenie działek znacznie utrudnia brak aktualnego operatu ewidencji gruntów, ułatwia natomiast posiadanie przez samorząd terytorialny programu urządzeniowo-rolnego. W nim wytyczone są granice polno-leśne, sprecyzowane zapotrzebowanie na drogi i przepusty.

***

Jeśli polska, nie tylko zagrodowa wieś, ma być kojarzona z Europą, scalenie jest koniecznością. Drugi czynnik modernizacji to zwiększanie powierzchni gospodarstw. Na razie zdarza się, że agencja nieruchomości rolnych woli sprzedać ziemię w jednym kawałku, niekoniecznie rolnikowi.

Szkoda, że kolejni ministrowie rolnictwa nie czują wagi komasacji. Z drugiej strony trudno, żeby czuli. To przeważnie latyfundyści, obszarnicy, kułacy, gdzie tam do nich małorolnym z podkarpackiego czy małopolskiego.

– Klimat dla scalania poprawi się, gdy na czele resortu stanie właśnie ktoś z podkarpackiego lub małopolskiego – twierdzi Józef Chmiel. Czyżby myślał o sobie?

Maciej Pawłowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi