Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2009-03-26
Data modyfikacji: 2010-11-17

Alkoholizm pod krawatem

 

Do widoku podchmielonych jegomości pod wiejskimi sklepami już się chyba wszyscy przyzwyczailiśmy. Przywykliśmy też do myśli, że większości z nich nic już nie jest w stanie pomóc. Ot, zawsze byli, to i teraz są... Kiedy jednak do sklepu, czy lokalnej knajpy wpada gość pod krawatem, zamawia setkę, szybko ją wychyla, „poprawia” małym piwkiem i zaraz wychodzi, to tego nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Myślimy: taki porządny, ubrany odświętnie i do tego na stanowisku... Czy ktoś taki może być alkoholikiem?

Adam ma 39 lat i chociaż nie pije od 2,5 roku nazywa siebie alkoholikiem. Twierdzi, że przegrał wszystko. Życie zaczyna w zasadzie od nowa. „Zawdzięcza” to mocniejszym trunkom, nad którymi tuż po trzydziestce kompletnie stracił kontrolę. Najciekawsze jest jednak to, że praktycznie do końca nikt nie wiedział o jego problemach. Pił po pracy, w samotności, sam nie wie, kiedy się uzależnił. O swoich doświadczeniach chętnie dziś opowiada.

- Robię to dlatego, by uświadomić wszystkim popijającym, że mają problem. I to duży problem. Mnie się udało z tego wyjść, trzymam się jakoś, chociaż pociąg do wódki czuję nadal. Mój sukces trwa dzięki temu, że się otworzyłem. Wcześniej ze swojego alkoholizmu czyniłem wielką tajemnicę – także przed samym sobą. Nie dopuszczałem w ogóle takiej myśli, że mogę być uzależniony. Choroba, która coraz bardziej obłapiała mnie swymi mackami, była dla mnie istnym tabu. Chyba zresztą sam chciałem, żeby tak było – opowiada ze stoickim spokojem członek grupy AA, działającej przy Stowarzyszeniu Terapeutycznym Osób Uzależnionych i Współuzależnionych „Tratwa”.

Wszystko zaczęło się niewinnie. Na studiach Adam lubił z kolegami zabawić się przy kilku piwkach. Tak jak wielu innym, nie przeszkadzało mu to w zdobywaniu wiedzy, zdawaniu kolejnych egzaminów. Potem była obrona pracy magisterskiej. Jak wspomina, sukces oblewał przez tydzień. To właśnie wówczas po raz pierwszy nie dopuścił do kaca. Kiedy tylko zwlókł się z łóżka po całonocnej balandze, strzelał klina. Opamiętanie przyszło, kiedy trzeba było wybrać się na poszukiwanie pierwszej pracy. Stres, wygórowane wymagania rekrutacyjne, brak jakiegokolwiek doświadczenia pchały Adama w kolejny ślepy zaułek. Już wtedy pewnie by marnie skończył, gdyby nie pomocna dłoń kolegi z akademika.

- Pamiętam, że przyszedł, wydarł mi na wpół wypite piwo i zakomunikował: „Jedziemy na wieś, będziemy robić meble”. Koleżka przejął stary zakład stolarski po dziadku i tak sobie wymyślił, że skoro ja się bezsensownie obijam, to pewnie mógłbym mu pomóc. Cóż miałem do stracenia, wsiadłem w pociąg i wylądowałem nagle na drugim końcu Polski. Moje życie w tym momencie zaczęło nabierać sensu, nasze meble – robione z litej sosny – szły jak woda. Kwestią czasu była modernizacja i rozbudowa zakładu, zatrudniliśmy wówczas kilkunastu ludzi, a sami mianowaliśmy się prezesami. Pojawiły się nowe znajomości, każdy z nas szybko założył podstawową komórkę społeczną, posadził drzewo i wybudował dom. I zamiast się tym wszystkim cieszyć, powoli zacząłem wracać do przeszłości – wspomina Adam. – Miałem niespełna 30 lat na karku. Każdego dnia, kiedy wracałem z pracy, sięgałem po szklaneczkę whisky z lodem. To był rytuał, który celebrowałem każdego dnia. I nie daj Bóg, żeby mi ktoś w tym przeszkodził. Mimo tego, żona często zwracała mi uwagę, że to moje popijanie może kiedyś źle się skończyć. Tłumaczyłem jej wówczas, że przecież 50 gram alkoholu to prawie jak lekarstwo, że niemal wszyscy stulatkowie, których pyta się o receptę na długowieczność, mówią o codziennej małej wódeczce. Niestety bardzo szybko się okazało, że te 50 gram to już zdecydowanie za mało. Do łóżka prawie zawsze kładłem się na małym rauszu. Rankiem brałem prysznic, goliłem się, wklepywałem drogą wodę kolońską i byłem jak nowy.

Adam popadał w nałóg, choć nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy. Jego kłopotów z alkoholem nie zauważyli też najbliżsi i współpracownicy. Zresztą w zakładzie nie pił wcale, a żona nigdy nie podejrzewała, że przygoda małżonka ze szkocką nabrała aż takiego rozmachu. Nadszedł jednak dzień, w którym po raz drugi w życiu musiał poratować się klinem. Do pracy przyszedł odurzony alkoholem, usiadł za biurkiem i zasnął. Od tego momentu podobne historie zaczęły się dziać częściej. Bardzo szybko okazało się, że Adam przestał być dobrym partnerem w biznesie, współpracownicy odwrócili się od niego i zaczęli działać na własny rachunek. Na domiar złego, coś zaczęło się psuć w jego małżeństwie, w końcu żona zadecydowała o separacji. Lekarstwem na całe zło miał być alkohol...

- W wieku 37 lat byłem na zakręcie, straciłem wszystko. A wszystko przez to, że sam przed sobą nie potrafiłem przyznać się do alkoholizmu. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to już nałóg. Nawet kiedyś w rozmowie ze znajomym zarzekałem się, że w każdej chwili mogę przestać, że nie jestem w żadnym ciągu. Myliłem się, trzy razy próbowałem i nie wyszło. Ja, człowiek powszechnie szanowany, z teczką, laptopem, z żelem na włosach, w kosztownym garniturze, niczym nie różniłem się w tym momencie od typków spod sklepu. Kiedy to sobie uświadomiłem, doszedłem do wniosku, że chyba sięgnąłem dna. Było dla mnie jasne, że potrzebuję pomocy – opowiada Adam.

I znalazł. Nieśmiałym krokiem ruszył do stowarzyszenia „Tratwa”, od tej pory było już tylko lepiej. Po latach znów rozkręca meblowy biznes, chociaż w dobie kryzysu łatwo nie jest. Powrót do życia udaje mu się dzięki najbliższym, żona znów zaczyna w niego wierzyć.

Przypadek Adama nie jest odosobniony. Publicysta tygodnika Angora Marek Koprowski w swoim cyklu „Spowiedź praktykującego alkoholika” opowiedział kiedyś o swym przyjacielu - przedsiębiorcy, który nadużywał alkoholu przez ponad 30 lat. I nikt o tym nie wiedział poza jego małżonką.

– Rano wstawał bardzo wcześnie, bo wymaga tego firma, która prowadzi. Znajduje się ona tuż przy domu, więc do pracy nie ma daleko. Jego żona przygotowywała mu zwykle śniadanie, a do tego podawała sześć witamin i innych minerałów, które dzień wcześniej zostały wypłukane z organizmu przez alkohol. Po śniadaniu ruszał do pracy. Zajmowało mu to cały dzień, w święta też. Nigdy nie pił wcześniej niż o godzinie 17. Jak angielski gentleman herbatę. Po drodze jadł obiad. Żona gotowała dwie zupy i dopiero gdy zasiadał do stołu, pytała go, jaką będzie jadł. Do dziś są bardzo zgodnym małżeństwem. Ona popędliwa, ale nigdy nie robiła problemu z jego nałogu. Zawsze starała się dbać o żywiciela rodziny – opowiada publicysta.

– Wielokrotnie rozmawialiśmy o tym jego innym niż u innych uzależnieniu. Zdaje sobie sprawę, że tkwi w nałogu. Nie przeszkadza mu to jednak normalnie funkcjonować, pracować, żyć. Przez tyle lat nie obniżył poziomu, nie zawalił żadnej sprawy związanej z pracą, nie zaspał, nie odesłał klientów do diabła. Nigdy nie widziałem u niego objawów typowych dla ludzi nadużywających alkoholu. Nawet drżenia rąk.

Mitem zatem jest twierdzenie, że alkoholicy to degeneraci, ludzie marginesu, spod budki z piwem. Alkohol w wyższych sferach również stał się bardzo ważny. Szanujący się biznesmen musi mieć w swoim barku obowiązkowo dobrą whisky, dobrą polską wódkę i oczywiście dobre francuskie wino.

Tę teorię zdaje się potwierdzać kolejny nasz bohater. Roman to starszy, szpakowaty jegomość z lekką nadwagą. Ojciec dwójki dzieci, żonaty (obecnie w separacji). Na co dzień jest syndykiem masy upadłościowej. Gdy mówi, żywiołowo gestykuluje. Tembr głosu nienaturalnie niski. Ma za sobą dwa nieudane odwyki. Pije, bo jak mówi, to go odpręża.

- Z rana jestem nie do życia. Do pierwszego drinka. Wie pan, że ja zaczynam dopiero normalnie funkcjonować po wypiciu paru głębszych? Do południa mam w sobie sporo alkoholu. Ale nie zataczam się, nie bełkoczę, jestem pełen werwy. Kłopoty są wieczorem, jak wracam do domu. Wtedy już nieźle szumi. Odpalam telewizję i piję. I tak w kółko.

Twierdzi, że to stres i tempo pracy zmusiło go do picia.

- Zawsze lubiłem sobie wychylić, ale w latach 90. zacząłem w pracy. To taki mój efekt uboczny transformacji. Dziś jestem głęboko nieszczęśliwym człowiekiem. Żyję w ciągłym strachu, że przyjdzie taki dzień, gdy stracę nad sobą kontrolę. Na razie mam duży dom, dobry samochód, dobrą pracę. Ale to wszystko iluzja. Picie to piekło udające raj.

 

***

Mity na temat alkoholizmu

Mit: Alkoholicy piją codziennie.
Fakt: Istotnie, niektórzy alkoholicy nadużywają alkoholu codziennie. Bardziej typowym sposobem picia w zaawansowanym stadium choroby alkoholowej jest jednak picie nieumiarkowane przerywane dłuższymi lub krótszymi okresami całkowitej abstynencji.

Mit: Alkoholik upija się za każdym razem, gdy pije.
Fakt: Alkoholikiem jest osoba, która utraciła zdolność trafnego przewidywania, czy i kiedy utraci kontrolę nad ilością wypijanego alkoholu. A zatem awanturnicze lub inne społecznie nieakceptowane zachowania, jakie mogą wystąpić podczas picia, stanowią rezultat utraty kontroli nad alkoholem. Nie są to zachowania świadomie zamierzone przez tę osobę, co zresztą często powoduje u tej osoby konflikt wartości. Negatywne zachowania są efektem działania alkoholu, od którego alkoholik nie może się powstrzymać z chwilą wypicia pierwszego kieliszka. Niezdolność do zachowania kontroli nad ilością wypitego alkoholu, nie zaś samo upicie się, stanowi zatem kryterium pozwalające odróżnić osobę z problemem alkoholowym od osoby pijącej towarzysko.

Mit: Większość alkoholików to ludzie z marginesu.
Fakt: Wręcz przeciwnie, tylko 3-5% wszystkich alkoholików kończy w przysłowiowym rynsztoku. Przeważająca większość, czyli 95-97%, mieści się w przekroju całego społeczeństwa, ludźmi uzależnionymi od alkoholu bywają przeważnie normalnie zatrudnieni, posiadający rodziny, produktywni i powszechnie szanowani obywatele.

Mit: Porządne kobiety nie zostają alkoholiczkami.
Fakt: W wyniku przeobrażeń kulturowych i społecznych, jakie zachodzą w ostatnich latach, można dziś śmiało powiedzieć, że alkoholizm stał się chorobą w pełni „demokratyczną” i że choruje na nią również wiele kobiet. Opinia jakoby alkoholizm groził tylko „upadłym aniołom” sprawia, że piętno tej choroby staje się jeszcze bardziej dotkliwe, toteż kobietom uzależnionym znacznie trudniej zwrócić się o pomoc.

Mit: Alkoholikom brak silnej woli: mogliby przestać pić, gdyby naprawdę chcieli.
Fakt: Alkoholizm jest choroba charakteryzującą się utratą kontroli nad piciem. Problem nie polega na braku silnej woli, lecz na uzależnieniu od alkoholu. Alkoholik nie chce pić tak jak pije, chce pić „jak wszyscy”. Gdyby to była kwestia wyboru, alkoholik wybrałby taki sposób picia, aby nie mieć problemu. (źródło: www.alkoholizm.akcjasos.pl)

Przemysław Chrzanowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi