Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2009-07-06

Punkt odniesienia


To nieważne, że przed sklepikiem zapaliłeś papierosa i nie zamierzasz wyrzucić go zanim żar dotrze do filtra. Sprzedawca już cię dostrzegł. Już jest przy tobie, czule otacza ramieniem, energicznie popycha ku wnętrzu.

To nieważne, że sklepik kipi łatwopalnymi ciuchami. Robisz z dłoni popielniczkę i posłusznie kroczysz za nim, jak dromader za przewodnikiem. Z petem w ustach przedzierasz się przez zapełnione wieszaki. Podtyka ci pod nos kolejną dzianinę, na obie strony wywraca wzorzysty materiał, a ty zastanawiasz się nad tajemniczym zniknięciem swojej żony.

 
Jesteś bracie na arabskim bazarze.

Do tego sklepiku weszła dwadzieścia minut temu, a teraz tylko ty i sprzedawca w nim jesteście. Czyżby stała się Dżinem i w butelce, zamiast upragnionego piwa, ugrzęzła? Posuwasz się naprzód i dostrzegasz wyjście, takie samo jak wejście, przed którym niedawno stałeś. Zagadka zaginięcia żony wyjaśniona.

Sklepik jest całkiem sporym sklepem, otwartym, jak stodoła, na przestrzał. Z zewnątrz nie od razu to widać, bo daleko w głąb sięga, a nawał towarów zagęszcza obraz i optycznie go ścieśnia. Odkrywasz teraz, że każde wyjście jest tutaj wejściem, a każdy tył frontem przytulonych do siebie sklepików. Fronty i tyły otwarte są na identyczne, wybrukowane nierówną kostką, zatłoczone, krzykliwe, rozgestykulowane uliczki. Te szlaki nieskoordynowanego ludzkiego ruchu, ocierania, przeciskania, deptania po piętach łamią się nagle, wznoszą lub opadają, ciemnieją klaustrofobicznie zwężone, by ni stąd ni zowąd, za następnym rogiem, wypuścić cię na jasny, przestronny skwer. W piesze fale mozolnie wbijają się dostawcze auta, brną przez nie zdezelowane, pyrkoczące motorowery. Prostopadle do głównych tras wytyczono drugorzędne handlowe ścieżki. Jesteś przekonany, że poprzeczne ściany zamykają ich ślepy kierunek, bo jeszcze nie dostrzegłeś biegnących wzdłuż ścian, trzeciorzędnych odnóg.


Trzeba souveniry do ojczyzny przywieźć.

Jesteś bracie na arabskim bazarze. W ofercie last minute kupiłeś wczasy w Tunezji, twoja żona musi do ojczyzny z souvenirami wrócić.

Odnajdujesz ją w dziale biżuterii sąsiedniego sklepiku. Wózek z maleństwem poniesiono za nią niczym przedsoborową, papieską lektykę. Bez wątpienia podzielność uwagi jest mocną stroną żoneczki. Wielokrotnie przekonywałeś się o tym, gdy niby pochłonięta perypetiami rodziny Mostowiaków, bezbłędnie wychwytywała trzask otwieranej przez ciebie (w kiblu) puszki. Teraz karmiąc dziecinę butelką, twardo negocjuje cenę srebrnego wisiorka z ręką Fatimy. To coś w rodzaju naszej zakopiańskiej ciupagi, pamiątka, bez której do domu przyjechać nie wypada.

Kupiła wisiorek, skórzaną torebkę i pluszowego wielbłąda. Potrafi zawierać korzystne transakcje. Jej postawę sklepikarze nazywają sabotażem. Po polsku mówią do ciebie, że jest „niedobrym człowiekiem”, a potem „Bandit!” za nią krzyczą.

Do hotelu powrót pociągiem, bo taniej i ciekawiej niż taksówką. Dziesięciomiesięczne maleństwo wyzwala pozytywną energię. W supermarkecie ekspedientka wyszła zza kasy, pochyliła się nad wózkiem i pocałowała waszą córeczkę w czółko. Kolejka życzliwie znosiła ten spontaniczny odruch czułości. Z przeciwległego peronu przygląda się wózkowi czteroletnia dziewczynka. Przybiega do was i, jak kasjerka, siarczyście brzdąca całuje. Ucieka do mamy, ale za chwilę wraca z zerwaną z dworcowego klombu pelargonią. Wręcza kwiat maleństwu, główkę mu obmacuje, rzadkie włosięta gładzi. Hotelowi kelnerzy robią to nagminnie. Jeden przy każdym śniadaniu wkłada do wózka przyniesione z zaplecza pomarańcze.


Maluchy budzą powszechną czulość.

***

Z początkiem czerwca Tunezja jest tańsza od naszego wybrzeża i żerujących na ceprach Tatr. Wsiadasz w samolot i za niespełna trzy godziny masz wszystko, co na urlopie do szczęścia potrzebne. Do pokoju z widokiem na palmy i Morze Śródziemne łóżeczko dla niemowlaka wstawią, z hotelową opaską na ręku, bez dodatkowych opłat, kąpiesz się w basenie, leżak na plażę sami ci wyniosą, materac położą, opróżnioną szklaneczkę sprzątną. Gdy słonce prostopadle na łeb praży, szklaneczka jest nieodzowna. Co jakiś czas przynosisz ją sobie z baru all inclusive. Od dziesiątej rano do północy możesz w nim wlewać w siebie światowe zdobycze piwowarstwa, winiarstwa, gorzelnictwa.

Głodował nie będziesz, a bardzo możliwe, że na gębie się zaokrąglisz. Żarcie europejskie serwują. Do śniadania z długiej lady gorące jajka na twardo nakładasz, dżem, miód, parówkę bagietką uzupełniasz, chłodnym sokiem, z dystrybutora lanym, zapijasz. Jeśli ci mało, zamawiasz omlet, kawą lub herbatą kończysz posiedzenie. Na obiad dwa rodzaje zup, frytki, ziemniaki gotowane, duszone, smażone, pieczony drób, gulasz, spaghetti, oliwki, piekielnie ostre papryczki, pomidory. Kucharz, który rano wydawał omlety, teraz kusi pizzą. Jego kolega na świeżym powietrzu rybę z grilla podaje. Kolacja jest powtórzeniem obiadu. Do każdego posiłku kilka rodzajów ciast, chałwa, daktyle, brzoskwinie, arbuzy. Między obiadem a kolacją możesz w snack-barze przy plaży kebab lub placuszka wtrząchnąć.

***

W te czerwcowe, przedsezonowe dni nasi Tunezję podbijają. Błyskawicznie tworzą zgrane paczki, obcy rewir wolą poznawać grupowo. Stadny instynkt także Rosjan do siebie zbliża. Chyba ich więcej niż Polaków. Są hałaśliwi i pewni siebie. Słyszysz, że z Moskwy przybyli, ale w twarzach trudno odnaleźć zadumę Tołstoja czy Dostojewskiego. Na piersiach noszą złote łańcuchy, żądają od barmana, by śmielej wódkę do drinków nalewał, bo nie warto po szklanicę co pięć minut latać. Zwaliste Natasze i Ludmiły po pięćdziesiątce, bez strojów kąpielowych wystawiają na afrykańskie słońce swą syberyjską karnację, szybko w Indianki się zamieniają.
 

Zastanawiasz się, od kiedy tacy bezpruderyjni się stali. Przypominasz sobie uniwersyteckie czasy i wizytę cichych, skromnych, lecz podobno wybitnych studentów z Rostowa nad Donem. Nasza gorzała zmieszana w akademiku z ich koniakami otworzyła radzieckich kolegów. Odciągnąwszy cię na bok, konspiracyjnie pytali gdzie można striptiz zobaczyć. Albo ten stary, szydzący z telewizyjnych spikerów kawał: - Zapraszam państwa na szwedzki film pornograficzny „Baba na żołnierzu”. Przepraszam, nie szwedzki, a radziecki. Przepraszam, nie pornograficzny, a panoramiczny. Zapraszam państwa na radziecki film panoramiczny „Ballada o żołnierzu””.

A jednak to prawda, że świat idzie z postępem.

***

Pierwszego dnia rezydent biura podroży wprowadza w specyfikę miejsca. Arabowie są leniwi, niesłowni, ślamazarni – wynika z jego naszpikowanej anegdotami prelekcji. W miastach znajdujesz potwierdzenie. Krzepkie osiłki, żylaści chudzielcy, trzymający formę i otyli starcy wystawili na trotuar krzesła, nieśpiesznie palą nargile, obojętnymi spojrzeniami omiatają przestrzeń.

Ale z hotelowej perspektywy, z balkonu waszego pokoju, stolika w jadalni, z plaży i basenu widoki są inne. Z tych punktów obserwacyjnych dostrzegasz nie pozorowaną harówę tubylców. Może powiewające nad hotelami państwowe flagi są dla nich motywacją, a może po prostu strach przed nędzą bezrobocia.


Natryski podtrzymują tę żywą zieleń.

O świcie do akcji wkracza obsługa nawadniających trawniki natrysków. Bez niej zieleń w kilka godzin stałaby się wysuszonym beżem. Dzięki tej ekipie gromadzisz w swoim cyfrowym aparacie efektowne, prawie pocztówkowe kadry. 

Wychodzisz na śniadanie. W korytarzu Arabki w błękitnych fartuchach i błękitnych chustkach na głowach pchają przed sobą platformę z pościelową zmianą i uzupełnieniem papieru toaletowego. Za jakiś czas ocenisz jakość ich roboty.

Szef sali z troską w oczach pyta, czy wszystko jest O.K. Jego ludzie przy każdym posiłku będą ci nadskakiwać, przynosić kolejne kielichy wina, opróżniać popielniczkę, dociekać twoich życzeń. W ich dziesięciogodzinnej służbie nie ma miejsca na skrzywienie twarzy, grymas zniecierpliwienia, lekceważący gest. Gdzieś z boku, z zacienionego kąta, przez przeszklone drzwi jadalni podąża za nimi badawczy wzrok kierownika tego przedsiębiorstwa. W szarej koszuli i pedantycznie zawiązanym krawacie przygląda się zza złotych okularów rozwojowi sytuacji. Spotykasz go na hotelowej alejce, przed drink-barem, pod dachem składnicy leżaków.

Po śniadaniu trzeba wskoczyć w kąpielówki i ruszyć na plażę. Twoje w nieładzie porzucone trepy stoją równiutko ustawione pod ścianą. Stolik jest przykładem koszarowej dyscypliny. Według przejrzystej logiki błękitne sprzątaczki ułożyły pod linijkę chaotyczny zbiór przedmiotów. Bebiko obok buteleczek ze smoczkiem, szklaneczki obok wody mineralnej, papierosy obok zapałek. W dziecięcym łóżeczku postawiły pluszowego wielbłąda na nogi a kocyk uformowały w staranną kokardę. Każdą zabawkę ozdobiły świeżym kwiatem. W ferworze porządkowania, twojej książki nie zamknęły, nie musisz szukać strony, na której przerwałeś lekturę.

Może chcesz postrzelać z łuku? Zgrać w siatkówkę lub bule? Pogimnastykować się w basenie albo morzu? Czasoumilacze – hotelowa „Drużyna Animatorów” krąży między leżakami, namawia do odrobiny ruchu. Ich zadaniem jest, byś nie był znudzony. Byś Tunezję mile wspominał. Byś miał co o niej opowiadać.

Około dwudziestej robi się chłodno, pustoszeje otwarta przestrzeń. To pora zbieraczy leżaków i czyścicieli basenu. Wczasowicze zmieniają odzienie, przenoszą się w okolice lokalu all inclusive. Towarzyskim rozhoworom przygrywa instrumentalna, męska grupa w czarnych garniturach. O dwudziestej drugiej na estradzie rozpocznie się zabawa. Wystąpi fakir, będą tańce pod światowe hity pop music.

Co parę dni do hotelu przybywają nowi goście. Podczas kolacji anglojęzyczna para robi raban, bo ktoś zajął przydzielony im stolik i musieli usiąść przy innym. Utlenione babsko wydziera się na kelnera jak kapral na rekruta. Zamaszystym ruchem zrzuca na podłogę karteczkę z numerem stolika. Kelner klęka, by ją podnieść, wstaje, na baczność słucha narastającego jazgotu. Ma minę zaszczutej zwierzyny.

 
Krzesła wystawili na trotuar.

Na bazarze odniosłeś niezbyt przyjemne wrażenie lekkiej pogardy dla Polaków. Sprzedawcy przekonywali cię, że proponują ceny dziesięciokrotnie niższe niż Niemcom albo, pozwawszy twoje pochodzenie, od razu z rezygnacją machali ręką. Dla nich Lechistan jest krainą osobników raczej nie śmierdzących groszem. Na tej kolacji poczułeś wstyd, że jesteś Europejczykiem. Poczułeś się, jakby to tobie dano w twarz i kazano nurkować po zrzucony ze stołu papierek.         

***

Wracacie airbusem. Po niespełna trzech godzinach stresu wywołanego marką aeroplanu lądujecie na ojczystej ziemi. Auto czeka na prywatnym parkingu, jeszcze przed zmierzchem zazgrzytacie kluczem w drzwiach własnej chałupy.

Gdzieś za dwa tygodnie w waszych pięknych, zielonych stronach rozpocznie się sezon. Zwalą się wakacyjni przybysze, a właściciele gospodarstw agroturystycznych maksymalnie wyśrubują ceny kwater i wyznaczonych na podwórkach miejsc postojowych.

Masz punkt odniesienia do oceny rodzimego biznesu wypoczynkowego, już rozumiesz rosnącą popularność Tunezji. Wiesz przecież, że znajomi właściciele pensjonatów nie będą wokół swoich gości skakać tak, jak skacze się tam, skąd właśnie wróciliście. Że pamiątkarze nie spuszczą nawet dziesięciu groszy na drewnianej figurce, breloczku, deszczułce z wypalonym starą lutownicą herbem waszej gminy.

Ale masz też wprawiającą w dumę pewność, że naszemu kelnerowi żaden Anglik, Niemiec, czy Rosjanin niczego bezkarnie ze stolika nie zrzuci. Gdyby coś takiego przyszło któremuś do głowy, kelner wyniósłby frajera razem ze stolikiem.  

Maciej Pawłowski

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi