Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2009-07-09

By los nie był garbaty

 

Trzydzieści lat temu Wanda i Bolesław Smułowie przeprowadzili się z dużego miasta do niewielkiego Żarnowca w ówczesnym województwie katowickim (dzisiaj śląskim). W tej  złożonej z czternastu sołectw gminie postanowili wykonywać swe profesje, które zresztą wpisywały się w potrzeby wiejskiej okolicy.

On – lekarz weterynarii, ona – nauczycielka języka polskiego pasowali do słynącego chowem trzody chlewnej, bydła mlecznego i młodego bydła rzeźnego Żarnowca. Do miejscowości z mieszkańcami łaknącymi przyzwoitego, podstawowego wykształcenia dla swoich dzieci.

Zadomowili się w służbowym mieszkaniu, z umiarkowanym optymizmem stawiali czoła codziennym trudom. W rok po przeprowadzce urodziła się córka Aleksandra i właściwie wszystko toczyło się u nich, jak u większości podobnych im rodzin. Ale los bywa okrutny. Niespodziewanie burzy życiowe plany, zatruwa zwątpieniem.

Choroba dziecka jest tragedią, niesprawiedliwym wyrokiem, z którym ciężko sobie poradzić. Ich syn Sławek urodził się z rozszczepem kręgosłupa – poważną, rozwojową wadą rzutującą na życie jego i jego bliskich.

Był rok 1982, środek stanu wojennego. Szara, przygnębiająca rzeczywistość, egzystencja reglamentowana kartkami na większość niezbędnych do biologicznego przetrwania produktów. Dogorywający w gospodarczych konwulsjach realny socjalizm, bieda z nędzą, katastrofa w Czarnobylu i wstrząsowa dla społeczeństwa reforma Balcerowicza towarzyszyły wzrastaniu rodzeństwa. To był nienajlepszy czas na wychowywanie dzieci, zwłaszcza gdy któreś dotknęła niepełnosprawność. Wtedy fizyczna odmienność była wstydliwie skrywanym piętnem. W polityce państwa i powszechnej świadomości nie stanowiła zjawiska godnego większego zainteresowania.

Wanda i Bolesław nie ulegli prowincjonalnym uprzedzeniom, mentalności nakazującej prywatne problemy chować głęboko w kieszeń. Sławek chodził do podstawówki, w której pracowała Wanda. W świetle dnia, na oczach bliższych i dalszych sąsiadów rodzice wyprowadzali go na spacery, przyzwyczajali ludzi do widoku innego niż rówieśnicy chłopca. Brakiem kompleksów uczyli środowisko traktowania niepełnosprawności jako naturalnego, nieodłącznego elementu rzeczywistości.

Trzeba było jeździć z nim do specjalistów: – Pod względem medycznym zapewniliśmy mu wszystko, co było można. Gorzej z opieką psychologiczną.

To zrozumiałe. Moda na wszechobecnych uzdrowicieli dusz, kierowanie ich do ofiar wypadków i przestępstw, do policyjnych negocjacji z desperatami, kobiet doświadczonych poronieniem jest stosunkowo świeża. Więcej w niej naśladownictwa amerykańskich filmów niż efektywnej, profesjonalnej pomocy. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro w małych gminach uposażenia początkujących psychologów szkolnych niewiele odbiegają od wynagrodzenia sprzątaczek.

***

Czasami dramatyczne doznania zupełnie zmieniają życiowe preferencje, wyznaczają nowe cele, mobilizują do wcześniej nie wyobrażanej aktywności.

 
Od lewej Ola, Wanda i Boleslaw Smulowie.

Aleksandra skończyła psychologię. Sławomir jest wykwalifikowanym fizjoterapeutą. Kołyszący się, spowodowany ułomnością chód nie wykluczył go ze zdrowej populacji. Ba, Sławek sam zdrowie innym przywraca. Wanda i Bolesław zainwestowali oszczędności w budowę prywatnego ośrodka leczniczo-rehabilitacyjnego. W 2004 roku otworzyli w Żarnowcu Niepubliczny Zakład Usług Medycznych i Rehabilitacyjnych „Delphinus”, rok później powołali fundację o tej samej nazwie. Budynek na końcu rzadko zabudowanej uliczki mieści w sobie gabinety masażu, bogato wyposażoną w przyrządy do ćwiczeń salkę gimnastyczną, basen o wymiarach 12 x 6 x 1,5 metra. Przyjmowani od poniedziałku do piątku pacjenci trafiają w ręce fizjoterapeuty Sławka, zatrudnionego tu doświadczonego rehabilitanta i psychologa - Oli.


Organizują pływackie turnieje, fundują medale i puchary.

 „Delphinus” był na tym terenie absolutnie pionierskim przedsięwzięciem. Pierwszym, i jak dotąd jedynym, podmiotem nastawionym na zapobieganie niepełnosprawności oraz łagodzenie jej skutków. – Tak, jesteśmy, w pełnym tego słowa znaczeniu, firmą rodzinną i nie wstydzimy się tego – podkreśla Wanda. – Nie koncentrujemy się na doraźnych, jednorazowych akcjach. Postawiliśmy sobie zadanie stałego, systematycznego pomagania potrzebującym.

A jednak okolicznościowe akcje także nie są im obce. To u nich w Dzień Dziecka i w Mikołaja odbywają się integracyjne spotkania członków (dzieci i rodziców) Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Rozszczep Kręgosłupa „Spina Bifida”.  Na swoim basenie organizowali turnieje pływackie dla najmłodszych, marzy im się pielgrzymka niepełnosprawnych do Rzymu (w maju przyszłego roku).

***

Motorem fundacji „Delphinus” jest Aleksandra. Ona obmyśla projekty działań służących zdrowiu na wsi, przygotowuje wnioski o ich dofinansowanie, sporządza sprawozdania z realizacji. Jej pierwszy pomysł „Delfinek” przepadł w Fundacji Batorego: - W tych wszystkich procedurach i formalnych zawiłościach byłam wtedy zupełnie zielona. Wydawało mi się, że „Delfinek” jest rewelacyjny i na pewno zyska akceptację. Dzisiaj wiem, że popełniłam masę błędów.

 
Mikołaj i Dzień Dziecka to świetne okazje do integracji.

Następne próby okazały się znacznie bardziej udane. W 2006 i 2007 roku „Delphinus” wdrożył w Żarnowcu półroczne programy korekcji wad postawy i skrzywień kręgosłupa u dzieci. Trzydziestoosobowe grupy uczestniczyły w zajęciach faktycznie poprawiających sylwetkę.

Niedawno podobnym, dofinansowanym przez Totalizator Sportowy, projektem objętych zostało sześćdziesięciu trzech uczniów podstawówek z Żarnowca i Charsznicy. Od stycznia do maja (trzy razy w tygodniu) brali udział w gimnastyce wyrównawczej (45 minut) a po niej w zajęciach na basenie (20 minut). – Dzieci zostały za darmo zdiagnozowane, poddane odpowiednim zabiegom, na koniec rodzice otrzymali dokładne wskazówki dalszego postępowania – wyjaśnia Aleksandra.

 
Do Delphinusa bliżej z sąsiedniego województwa niz z macieżystej gminy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że trochę wygibasów na parkiecie i pluskania w basenie nie jest aż tak znaczącym osiągnięciem, by „Delphinusowi” stawiać pomnik. Tak niestety myśli znakomita część mieszkańców prowincji, bagatelizujących nierówne ramiona, okrągłe plecy czy wypukłe klatki piersiowe potomstwa. To jaskrawy przykład zacofania, bo bardziej w dbałości o prawidłową sylwetkę niż oraniu pola supernowoczesnym traktorem przejawia się cywilizacyjny postęp.

Ortopedę muszą przerażać wyniki badań kwalifikujących do delphinusowych programów. Podczas naboru przebadano w szkołach stu siedmiu uczniów, u osiemdziesięciu procent stwierdzono zmiany wymagające zajęć rehabilitacyjno-sportowych. Oczywiste, że u wszystkich zakwalifikowanych występowała asymetria obojczyków, łopatek lub bioder, ale na tym nie koniec. Osiemdziesiąt procent miało przednio lub tylnożebrowy garb, dwadzieścia siedem procent zniesioną lub pogłębioną kifozę, sześćdziesiąt osiem procent zniesioną lub pogłębioną lordozę, sześćdziesiąt dwa procent szpotawe lub koślawe kończyny, dwadzieścia siedem procent kurzą, szewską lub zapadniętą klatkę piersiową, dwadzieścia dziewięć procent miało nadwagę.

Za tymi specjalistycznymi i bardziej zrozumiałymi terminami kryje się smutna przyszłość wiejskich dzieci. Większość z nich czeka, jeśli nie wczesne niedołęstwo, to na pewno bolesna (w fizjologicznym znaczeniu) dorosłość.

Nabór ujawnił także inną, zawstydzającą prawidłowość (a właściwie nieprawidłowość). Jedynie trzydzieści pięć procent zakwalifikowanych potrafiło pływać strzałką, jako tako poruszać się na plecach i kontrolować w wodzie oddech. Gros tej grupy nabyło wspomniane umiejętności, uczestnicząc w poprzednich, organizowanych przez fundację Smułów programach korekcji wad postawy. Ich rezultaty mówią same za siebie. U wszystkich dzieci zminimalizowano deformacje, wszystkie nauczyły się podstaw pływania a większość opanowała tę sztukę w stopniu więcej niż zadowalającym.

***

Choć od trzydziestu lat tkwią w sielskim pejzażu, nie całkiem wrośli w tutejszą glebę. Wciąż pozostają obcy, nie swoi, nie pasujący do lokalnych reguł gry. Może nie dla mieszkańców, ale z pewnością dla niezmiennej, ciągle tej samej, gminnej władzy. Trudno oprzeć się wrażeniu sekowania Smułów, metodycznego utrącania ich inicjatyw. Miejscowych dzieci nie kieruje się do nich na lekcje pływania i zbawienną gimnastykę, mimo iż czyni to gmina z sąsiedniego województwa. – Koszty transportu są wyższe niż opłaty, jakie pobieracie – mówią im przyjezdni.

– Urząd rozpisał konkurs na prozdrowotny projekt. Wysoko punktowanym kryterium była innowacyjność. Zauważyłam, że jedną z bardziej zaniedbanych i zapomnianych grup są kobiety w wieku balzakowskim. Z myślą o nich opracowałam program aktywizujący ruchowo a równocześnie integrujący środowisko. Dotacje dostała, jak zwykle, gminna drużyna piłkarska – wspomina Aleksandra.

 
Sławek innym przywraca zdrowie.

To typowe, archaiczne podejście parafialnych oficjeli. Priorytetem są dla nich mecze KS Cipcianki z KS Dymano, bo ewentualny sukces w wiejskich rozgrywkach przekłada się, ich zdaniem, na wzrost optymizmu obywateli, a co za tym idzie, przychylności dla władzy. To, że kibice będą poruszać się o kulach lub na wózkach inwalidzkich jest mniej istotne.

Po wybudowaniu swojej niepublicznej placówki starali się o kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Odmówiono im, argumentując decyzję brakiem doświadczenia Smułów w medycznym biznesie. NFZ nie przekonało gotowe zaplecze i to, że rehabilitant „Delphinusa” legitymował się naukowym tytułem doktora. Kontrakt na usługi rehabilitacyjne w odległym o trzydzieści kilometrów powiatowym mieście dostała za to pani eks-poseł. – Wtedy jeszcze jej zakład nie istniał – twierdzi Wanda. W następnym roku Narodowy Fundusz Zdrowia też kontraktu nie zawarł, trzeci raz Smułowie nawet nie próbowali.

Narósł w nich spory osad goryczy i rozczarowania, jednak ducha nie tracą. Podtrzymują go anonimowi sympatycy ich działalności. Fundacja „Delphinus” jest organizacją pożytku publicznego, przekazywane na nią jednoprocentowe odpisy podatkowe stale rosną. 

Maciej Pawłowski

P.S.

Jeśli ktoś chciałby wesprzeć ich swoim jednym procentem, może go poznaczyć na: Fundacja „Delphinus” na rzecz rehabilitacji medycznej i społecznej, KRS 0000238217, ul. Miechowska 6, 42-439 Żarnowiec.     

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi