Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2009-10-26

Łuny w powiecie

 

Niewykluczone, że podpalacz znowu o sobie przypomni. Wystarczy przyłożyć zapałkę do wysuszonych poprzednią pożogą kikutów, by nad Krępą kolejny raz rozbłysła złowieszcza łuna. Nieuchwytny piroman wyraźnie upodobał sobie ten lesisty obszar. Wczesną wiosną na tydzień przykuł do Krępy cały kwiat powiatowego pożarnictwa.


Kilka lat temu ćwiczyli tu w warunkach prawie bojowych.

To była największa w tym roku akcja, rzeczywisty test wyćwiczonej służbą sprawności zawodowców i ochotników. Pięć lat temu oswajali się z tym rejonem w warunkach prawie bojowych, ale „prawie” robi wielką różnicę. Zjechali ciężkimi autami, rozwinęli węże, zapuścili motory pomp i chlusnęli strumieniami zassanej ze stawu wody. Treningowej inscenizacji zbrakło tylko jednego. Zabrakło pędzącego wraz z wiatrem ognia. 

***

Ilością Ochotniczych Straży Pożarnych tylko Ziemia Częstochowska przebija w województwie śląskim powiat zawierciański. Sto dwadzieścia dwie jednostki to niczego sobie gromada i całkiem spory odsetek ludności. Na zielonych, zdobnych nie handlowymi galeriami, a wieżami remiz połaciach Rzeczypospolitej druhowie OSP tworzą liczące się środowisko. Wielkomiejski inteligent może podkpiwać z ich zadęcia do dętych instrumentów, czy organizacyjnych strojów, stanowiących nieco eklektyczne połączenie harcerskiego mundurka z kostiumem konduktora Polskich Kolei Państwowych. Może szydzić z posiedzeń kierowniczych gremiów, na których w oparach skupienia, atmosferze absolutnej powagi ustala się limity honorowych odznaczeń lub zabezpiecza tekturowe tacki, parówki i musztardę na nie mogący się bez nich obejść Dzień Świętego Floriana. Lecz wielkomiejskiemu inteligentowi znacznie mniej do drwiącego śmiechu, gdy przyjdzie zastanowić się nad ścieżkami awansu, możliwościami budowania własnej kariery, zajmowania satysfakcjonującej pozycji społecznej.
 

Zawróceni

Na 25 kwietnia wyznaczono coroczne manewry strażackie, za każdym razem przeprowadzane w innej gminie. Pod dowództwem fachowców z powiatowej komendy PSP ochotnicy wykonują jakąś skomplikowaną operację, wymagającą perfekcyjnej współpracy w trudnym terenie. Tym razem teatrem szlifujących umiejętności działań miała być Pilica, a ściślej jej zalesiony fragment, administrowany przez Nadleśnictwo Olkusz. Miały to być ćwiczenia 15 Kompanii Odwodowej i pozostałych jednostek OSP włączonych do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego. A więc sprawdzian ochotniczej elity. Najlepiej wyposażonych, wyszkolonych, gotowych na wszystko druhów. Rzucanych tam, gdzie najtrudniej, gdzie prosta siła mięśni nie wystarcza.

O godzinie ósmej dyżurny Powiatowego Stanowiska Kierowania rozpoczął alarmowanie i kierowanie jednostek OSP do punktu koncentracji w Kleszczowie (gmina Pilica). W radosnych nastrojach z dziesięciu gmin wyruszyli chłopaki w pogodny sobotni poranek. Gdy tak sobie sunęli, nucąc stare partyzanckie pieśni, w Ogrodzieńcu zapłonęła Krępa. Ten rozpoznany podczas niegdysiejszych manewrów kompleks leśny nie jest wygodny do opanowania. Lokalne, nie biorące udziału w pilickich ćwiczeniach zastępy zastały tam sytuację przekraczającą ich możliwości. Paliło się około dwóch hektarów młodnika, ale dujący wiatr błyskawicznie rozprzestrzeniał pożar suchego podłoża, płomienie zaczęły sięgać wierzchołków drzewek.


Akcją w Krępie dowodził kapitan Radoslaw Lendor.

Cóż począć, dyżurny zawrócił do Krępy wszystkie zmierzające na manewry jednostki. Dwa zastępy Państwowej Straży Pożarnej, dwadzieścia sześć zastępów ochotników i Grupa Operacyjna Komendy Powiatowej popędziły w kierunku widocznego z daleka dymu. Dowodzenie akcją objął straszy kapitan Radosław Lendor (typ nordycki, nie poddający się emocjom, konsekwentny, zdecydowany).

Teren pożaru podzielił na trzy odcinki bojowe, nakazał budowę stanowiska czerpania wody, o przysłanie dodatkowej cysterny poprosił Jednostkę Ratowniczo-Gaśniczą PSP Myszków (sąsiedni powiat).

Nie było łatwo. Bezustanne wycie syren zawładnęło okolicą, szosą do Krępy śmigały czerwone wozy, gryzący swąd spalenizny wdzierał się w coraz odleglejsze od epicentrum chałupy. Zmontowana naprędce magistrala W-75 (75 mm – średnica węża), łącząca staw z dwoma stanowiskami bojowymi stawiała zbyt słaby opór żywiołowi. Nadleśnictwo Siewierz przysłało helikopter. Zawisał nad stawem, napełniał zbiorniki, a potem zrzucał ich zawartość na przysłonięty dymem las. Warkoczącej ważce z odsieczą pośpieszył gaśniczy samolot. O dziesiątej trzydzieści pięć pożar zdławiono, pozostało dogasić sześciohektarowe pogorzelisko.

***

Ochotnicze Straże Pożarne to na zielonych połaciach Rzeczypospolitej znacząca siła polityczna. Ruch, jak żaden inny, stanowiący punkt wyjścia do sięgania po władzę. Lokalną , rzadko filmowaną i pozbawioną ochroniarzy, ale zawsze władzę. W przeciwieństwie do wielkomiejskiego inteligenta, każdy druh potencjalnie posiada legitymację gminnego radnego, pieczątkę wójta, czy starosty. Jeśli sam któregoś z foteli nie obejmie, na pewno zadecyduje, kto w nich usiądzie. Pretendując do władzy, trzeba z druhami trzymać sztamę lub, w najgorszym przypadku, być im obojętny. Mieć u druhów na pieńku, to definitywnie pożegnać się z marzeniami. Tę prawdę doskonale rozumie wicepremier Waldemar Pawlak, rozumieją ją wójtowie, burmistrzowie, starości.    

Gorączka sobotniego popołudnia

Druga część dnia nie oznaczała odpoczynku. O czternastej, pół kilometra od stygnącego pogorzeliska, szalał już nowy pożar. Stało się jasne, że Krępę nawiedził chłopiec (lub dziewczynka) z zapałkami. Psychopatyczny figlarz jawnie bawił się ze strażakami, puszczając z dymem kolejne kwartały lasu. Radosław Lendor przegrupował siły: - Wąskie drogi utrudniały dotarcie do miejsca pożaru. Średnie samochody z napędem terenowym dysponowano do działań w natarciu od strony południowej i wschodniej, natomiast ciężkie wykorzystano do budowy linii obrony sąsiedniego, zagrożonego kompleksu leśnego od strony zachodniej – wspomina. Gęstwina nie pozwalała ekipom wejść w las, nadchodzącą ścianę ognia trzeba było przyjąć na dogodniejszej rubieży.

Okoliczności nieubłaganie nabierały cech katastrofy. W jej obliczu obojętny pozostać nie mógł burmistrz Andrzej Mikulski (zbliżający się do pięćdziesiątki, szczupły doktor inżynier, z zabójczym czarnym wąsikiem. Rozważny i romantyczny, skłonny czasami dzielić włos na czworo, rozmiłowany w grze na klarnecie). Zdał sobie sprawę, że uwijającym się tu ludziom należy zapewnić ciepły posiłek, suchy prowiant, napoje. Wyczerpywały się zapasy przeznaczone na poczęstunek podczas niedoszłych, pilickich manewrów.


Czekali na zbliżającą się ścianę ognia (zdjęcie wykonane telefonem komórkowym R.Lendor).

A ludzi, sprzętu, roboty wciąż przybywało. W najgorętszej fazie sobotnich działań w rejonie pożaru operowały trzy zastępy zawodowców, trzydzieści dziewięć jednostek ochotniczych, Grupy Operacyjne Komendy Powiatowej i Komendy Wojewódzkiej PSP. Śmigłowce i samoloty gaśnicze pięćdziesiąt sześć razy zrzucały wodę.

O osiemnastej sytuację uznano za opanowaną. Dwie godziny później chłopaki wyruszyli do baz, dozorowanie terenu przydzielono czterem jednostkom OSP. Pogorzelisko rozrosło się do piętnastu hektarów. 

***

Ochotnicze Straże Pożarne są na zielonych połaciach Rzeczypospolitej jednym z gwarantów bezpieczeństwa mieszkańców. W żadnej społecznej organizacji wielkomiejski inteligent nie ma takiego oparcia, jak oni w swoich druhach. W wielkim mieście nikt, jak członkowie OSP, nie przerwie obiadu, by ratować dobytek sąsiada, usunąć z drogi powalone wichurą drzewo, ułożyć worki z piaskiem nad wezbraną rzeką. Są szanowani i, w miarę finansowych możliwości, hołubieni przez profesjonalne siły szybkiego reagowania. Dla powiatowych komend PSP stanowią niezastąpioną wyrękę w sprawach mniejszej wagi (gaszeniu wypalanych traw) i niezbędne wsparcie w zdarzeniach angażujących wszelkie dostępne środki likwidacji zagrożeń (podczas rozległych pożarów, klęsk żywiołowych). Czas poświęcony szkoleniu ochotników zwraca się, gdy ich umiejętności ocalają mienie, zdrowie, życie obywateli.  

Witaj, majowa jutrzenko

Mimo intensywnych policyjnych poszukiwań, podpalacza nie ujęto. Była piąta czterdzieści. Niedzielne słoneczko jeszcze na dobre nie zajaśniało, a chłopaki już brali się za dogaszanie tych piętnastu hektarów. I tak sobie dogaszali, dogaszali, aż tu nagle, o jedenastej dyżurny Powiatowego Stanowiska Kierowania dowiedział się o pożarze narastającym w pobliżu Centurii, jakiś kilometr od Krępy. A więc piroman nie odpuszczał. Niezrażony depczącą mu po piętach policją konsekwentnie wiódł swą grę z postawionymi na nogi służbami.

Kapitan Lendor ponownie dokonał dyslokacji jednostek: - Przeprowadzono wycinkę drzew w celu utworzenia dróg dojazdowych z punktu czerpania wody do nowopowstałego pożaru. Jednocześnie w rejonie Krępy zbudowano magistralę zasilającą W-110 o długości około jednego kilometra, którą przetłaczano wodę na południową stronę pogorzeliska. Pozwoliło to na przerzucenie większej ilości sił w rejon Centurii.

Burmistrz Mikulski podesłał koparkę i ciężarówkę z tłuczniem do utwardzenia wyrąbanych ścieżek. Przez kilka godzin mordowano się z trzecim już pożarem, ale w końcu i ten zduszono. Gdzieś do dwudziestej pierwszej bojowe jednostki zwijały swój majdan, obierając kurs na miejsca stacjonowania. Długą drogę miało przed sobą trzynaście zastępów Kompanii Gaśniczej OSP z powiatu będzińskiego.


Pobliski staw zaopatrywał gaśnicze helikoptery (zdjęcie wykonane telefonem komórkowym R.Lendor).

Pierwszoplanowi aktorzy zeszli ze sceny, lecz kurtyna jeszcze nie opadła. Do końca tygodnia druhowie pilnowali sfajczonych dwudziestu hektarów, często w nocy tłumili pojedyncze zarzewia ognia.

2 maja Radosław Lendor objechał teren i o godzinie dziewiętnastej podjął decyzję o zakończeniu działań. Pogorzelisko nie zostało protokólarnie przekazane, bo nie ustalono właścicieli ogarniętych pożogą leśnych działek.

W ciągu tych siedmiu dni przez Krępę przewinęło się dwadzieścia siedem zastępów PSP i sto czterdzieści osiem zastępów OSP. Krążyły nad nią samoloty i helikoptery, zawitały tu policja, pogotowie ratunkowe, służby leśne. Podano siedemdziesiąt cztery prądy wody, dziewięćdziesiąt sześć razy zrzucano ją z powietrza. Wylanego potu obliczyć nie można.

***

Kiedy paliła się Krępa, Marek Gąkowski wpadał do domu tylko na chwilę (rosły blondyn, dwudziestoparolatek, niedawno ukończył studia inżynierskie). Witał rodziców, czymś pospiesznie zapychał żołądek i z powrotem leciał do pożaru. Rano do roboty (w odległej firmie z kapitałem zagranicznym), potem znowu w wir zasnutych dymem wydarzeń.

Od łebka działa w OSP. Kieruje ciężkim starem, pełni warty przy wielkanocnym grobie Chrystusa, gdy trzeba, chwyta za sikawkę, toporek, bosak. Chce zostać zawodowym strażakiem, ale w okolicznych komendach etaty na razie zablokowane. Substytutem wymarzonej pracy jest dla niego ochotnicze stawanie do ognia, katastrof, klęsk żywiołowych. Doświadczył już paru takich Kręp, z których wracał osmalony, przesiąknięty trudnym do wywabienia swądem, nieludzko zmęczony. Ubolewa nad ostatnimi szkodami w mieniu i sprzęcie, same leśne straty oszacowano na sześćdziesiąt pięć tysięcy. – Osiem i pół tysiąca kosztowało zużyte przez OSP paliwo, nie licząc połamanych resorów. – dorzuca do rachunku.


Ochotnicy nie tylko debatują o parówkach.

Jego organizacyjny szef, Henryk Karcz bardziej globalnie patrzy na sprawę. Ów korpulentny, powiatowy radny (po pięćdziesiątce) sprawia wrażenie flegmatyka, lecz w akcji zamienia się w jaszczurkę zwinkę. Jak twierdzi, kwietniowa operacja ujawniła te słabości systemu bezpieczeństwa mieszkańców, na które strażacy nie mają wpływu. Nieprzejezdne drogi do lasu, brak ścieżek pożarowych, niemożność wskazania właścicieli działek odpowiedzialnych za udostępnienie terenu ekipom ratowniczym spotęgowały straty, wydłużyły działania, niepotrzebnie naraziły ludzi. Przez te siedem dni wydano z gminnej kasy wszystkie pieniądze, przeznaczone w tym roku na OSP.

Takie problemy obce są wielkomiejskiemu inteligentowi. Jeśli w jego naturalnym, betonowym środowisku coś ulegnie zniszczeniu, nie spędza mu to snu z powiek. W niezrozumiały dla niego sposób traktuje się na zielonych połaciach Rzeczypospolitej te trochę drzew, ten nieciekawy skrawek chaszczy, ten monotonny krajobraz, w którym nic na dłużej nie przykuje uwagi.   

Maciej Pawłowski  

 

PS.  

Komenda Powiatowa składa serdeczne podziękowania za udział w działaniach ratowniczo – gaśniczych przede wszystkim druhom licznych jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych z terenu powiatu zawierciańskiego, będzińskiego i olkuskiego. Pełne zaangażowanie i oddanie sprawie to cechy, które towarzyszyły strażakom podczas tej akcji. Podziękowania kierujemy również do Burmistrza Miasta i Gminy Ogrodzieniec za organizację zaplecza logistycznego oraz do wszystkich uczestników prowadzonych działań: Nadleśnictwa Siewierz, Policji oraz Starostwa Powiatowego. Podziękowania należy skierować również do Burmistrza Miasta i Gminy Pilica, który jako gospodarz planowanych ćwiczeń wspomógł organizację wyżywienia w pierwszych godzinach akcji.

st. kpt. Radosław Lendor

  

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi