Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2010-01-14

Upadek

 

Na przystanek za remizą Ochotniczej Straży Pożarnej „złoty” zajeżdża dziesięć po szóstej. Za pięć wpół do siódmej powinien być pod dworcem PKP w Zawierciu. Trzy minuty do odjazdu osobowych z Częstochowy do Gliwic i z Gliwic do Częstochowy w zupełności wystarczają. Spieszący do roboty faceci i facetki mają miesięczne bilety, więc spokojnymi ruchami kończyn dolnych wkraczają na peron. Dzisiaj podróż do dworca była trochę nerwowa. Śnieg drogi przyprószył i „złoty” zaczął fiksować.

„Złotym” zwyczajowo określa się tutaj pekaesowskie autobusy, obsługujące trasę z Podzamcza do kolejowej stacji. Nazwa pochodzi z czasów, gdy jeździł tędy złocisty jelcz. Ponieważ zawierciańskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej jest przeciwieństwem króla Midasa (który czego się dotknął, zamieniał w szlachetny kruszec) i złoto przemienia w g...., eleganckiego jelcza zastąpiły wysłużone autosany.


PKS w Zawierciu było przeciwieństwem króla Midasa.
 

Wrak z trudem ruszył z przystanku, a za cementownią, na lekkim łuku, potężnie nim miotnęło. Przerażenie zagościło na twarzach pasażerów, na szczęście z przeciwka żaden tir nie wychynął. Szofer z najwyższym trudem opanował maszynę, wyprostował tor jazdy i zatrzymał się na poboczu. Skłonił nad czymś stropioną głowę, coś nacisnął i posłyszeć się dało ciężkie sapnięcia przetykane donośnymi sykami. To nie człowiek był źródłem tych tajemniczych dźwięków, lecz nieposłuszny pojazd.  

Szofer rączo wyskoczył z kabiny, by po chwili wrócić i sięgnąć po komórkowy telefon. - Zdaje się, że wysiadły mi hamulce. Nie wiem dlaczego, bo przecież mrozu wielkiego nie ma. Jestem na Fugasówce, możecie podesłać podmiankę? No dobra, postaram się jakoś zajechać na bazę – rzekł do mikrofonu, potęgując wewnątrz autobusowe wydzielanie adrenaliny. Pod znakiem zapytania stanęło dotarcie na peron przed odejściem osobowych, uczestnicy przejażdżki dowiedzieli się ponadto, że zastępczy wehikuł nie przybędzie, a resztę oblodzonej drogi pokonają bez hamulców. Bóg jednak czuwał. Do dworca dojechali, na spóźnione osobowe zdążyli.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już niebawem mieszkańcy powiatu przestaną doznawać podobnych wrażeń. Pekaes osiadł w ekonomicznym i organizacyjnym Rowie Mariańskim, z którego żadna siła na powierzchnię chyba go nie wydobędzie.

***

Przeszklone drzwi poczekalni dworca autobusowego zamknięto na kłódkę, a szkoda, bo jej chłodne, mroczne wnętrze było żywym, w dodatku darmowym muzeum Peerelu. Jeszcze niedawno rząd biletowych kas przypominał erę największej prosperity i filmy z lat siedemdziesiątych, których wiejscy bohaterowie wsiadali do warkoczących „ogórków”, wyruszając na podbój miast.

Na pozbawionej kasowych okienek ścianie zachowały się okazałe mozaiki, sławiące nierozerwalny sojusz proletariacko-chłopski i nieprzemijający dorobek socjalistycznej ojczyzny. Wydawało się, że po wsze czasy awangardowy artysta obdarował podróżnych wizerunkami kościuszkowca z pepeszą, robotnicy powiewającej sztandarem, wieśniaczki trzymającej snopek zboża, młodzieńca w czerwonym krawacie, gołąbka pokoju na tle narodowej flagi. Teraz tylko przez szybkę zawartych drzwi można dostrzec żałosne pozostałości stylowej sali.


Historyczne mozaiki widoczne już tylko przez brudną szybkę.

Budynek należy do Polskich Kolei Państwowych, które z dotychczas użytkowanym przez PKS pomieszczeniem wiążą, zdaje się, inne plany. Autobusową kasę przeniesiono do przedsionka. To ostatnie chwile na utrwalenie aparatem fotograficznym historycznych, ściennych kompozycji. Kasjerka podaje numer do depozytariusza kluczyka od kłódki, a on z kolei, numer do Aleksandry Koniak z katowickiego oddziału Dworców Kolejowych. Pani Koniak nie ma nic przeciwko uwiecznieniu byłej poczekalni, pod warunkiem, że zainteresowany zwróci się o to stosowną, pisemną prośbą, zawierającą uzasadnienie i wskazanie terminu planowanej sesji zdjęciowej (wówczas z Katowic przybędzie człowiek z kluczykiem). Nawet najwytrwalsi łowcy pamiątek muszą skapitulować przed kolejarską oficjalnością i zamiłowaniem do korespondowania.  

***

Późnym popołudniem, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia bus czeka przed stacją aż pojawi się pociąg. Przeznaczony dla kilkunastu osób pojazd świeci pustkami. W taki dzień nieliczni przemierzają dystanse dłuższe niż z chałupy do monopolowego sklepiku. Zawsze jednak ktoś się trafi, być może z najbliższego pociągu wysiądą potrzebujący odtransportowania. W kieszeni smutnego kierowcy dzwoni komórka. Szef informuje, że na przystanku w Podzamczu stoi kobita. Trzeba będzie ją zabrać powrotnym kursem. A więc to nie ostatni wyjazd pod dworzec. Z powodu jednej kobity przedłuży się szoferska, świąteczna służba. Takie to niestety uroki roboty u prywaciarza.


Prywaciarze mają się coraz lepiej.

W przeciwieństwie do Pekaesu, prywatny, przewozowy biznes ma się w powiecie coraz lepiej. Busiki obstawiły najbardziej uczęszczane trasy, są tańsze od autosanów i mniej zawodne.

To prawda, że w godzinach przewozowego szczytu (gdy młodzież wraca ze szkół, a dorośli kończą roboczą dniówkę) napakowane są, jak noclegownie podczas siarczystych mrozów, ale pod dworzec zawija ich kilka. Startują co dziesięć minut, stopniowo zmniejszając tłoczącą się ciżbę. Na życzenie pasażera kierowca zatrzyma się przed posesją lub skrzyżowaniem, przymknie oko na popijających piwko nastolatków, poczeka na drałującego do przystanku staruszka. U prywaciarzy można wykupić ulgowe i miesięczne bilety, co więcej, honorowane przez Powiatowy Urząd Pracy, przyznający stażystom dodatki na dojazdy. W busikach bywa ścisk, ale wiadomo przynajmniej, że w trasę wyruszą.

***

Gdyby profesor Leszek Balcerowicz znał zawierciańskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej, zapewne już w osiemdziesiątym dziewiątym roku bezbłędnie przepowiedziałby jego przyszłość. Państwowa, rozrośnięta firma musiała wcześniej, czy później zajrzeć wolnemu rynkowi w oczy i dostrzec w nich wyrok śmierci. Co prawda nie natychmiastowej, za to nieuchronnej.


Podanie o kluczyk należy kierować do pani Koniak.
 

Widoczne oznaki agonii ujawniły się kilka lat temu. Niemożliwe do powstrzymania straty i krzepnąca konkurencja zmusiły firmę do szukania spóźnionych środków zaradczych.

Jak skamlenie bezdomnego psa brzmiały adresowane do gminnych władz błagania o ratunek. Początkowo pekaesowskie naczalstwo usiłowało namówić samorządy do finansowania kursów, później do zakupu akcji. Odzew był raczej mizerny, choć Łazy rzeczywiście zaczęły utrzymywać linię przecinającą sołectwo Grabowa. Propozycją w ogóle nie było zainteresowane najbogatsze w powiecie Zawiercie, gdyż posiada własny zakład komunikacji miejskiej. Ograniczenia deficytu zaczęto upatrywać w likwidacji najmniej obleganych (najbardziej nieopłacalnych) połączeń. W ten sposób od świata odcięta została ludność Białej Błotnej, ku cywilizacji per pedes zasuwają także mieszkańcy Ryczowa, Żelazka, Giebła i Mokrusa. W Szypowicach i Siedliszowicach nie lepiej.

Sanacyjne poczynania światłego kierownictwa podążyły po linii najmniejszego oporu, budząc uzasadniony gniew ludu.

- Pojechałem z żoną do Ogrodzieńca na zwiedzanie i co się okazało? Nie ma żadnego połączenia powrotnego z Olkuszem! – sarka w Internecie zawiedziony turysta. 

- Jestem z Zawiercia. PKS to firma siedząca mentalnością pracowników głęboko w PRL. To PKS dyktuje warunki np. do której może wynająć ci autokar na imprezę bo to i siamto. Moi klienci od dłuższego czasu jeżdżą autokarami którym opłaca się przyjechać w rejon Zawiercia np. z Katowic. PKS Zawiercie musi się zastanowić czy ma ochotę na przetrwanie czy na wegetację – wtóruje mu niejaki Marek. 

By nieco odbudować nadszarpniętą reputację, sięgnięto po mniej drastyczne instrumenty naprawcze. Wożące powietrze krążowniki zastąpione zostały lżejszymi furgonami i nawet ceny biletów poszły w dół. Jednak wszystko to towarzysz Gomułka nazwałby leczeniem kataru syfilisem, czyli działaniami doraźnymi, pozornymi, nie rozwiązującymi problemu.

W mobilności i inicjatywie sprostać prywaciarzom i tak się nie dało. Wyrośli na największego wroga, dając przy okazji znakomite wytłumaczenie własnej niemocy. Kolejni prezesi Pekaesu uskarżali się na perfidię konkurencyjnych przewoźników, jak z rękawa sypali przykładami nieuczciwych praktyk. Podbieranie pasażerów, pojawianie się na przystankach pięć minut przed rejsowymi autosaniami, nie rozliczanie się z biletów miały świadczyć o kompletnym braku moralnych hamulców i zawodowej etyki. W ferworze krytyki prezesi zapominali, że w tej branży od hamulców moralnych ważniejsze są pneumatyczne, i że ich autobusy nierzadko zjawiają się na przystankach piętnaście minut po rozkładowym czasie, a czasami w ogóle się nie zjawiają.

***

Rok 2009 ogłoszony był przez Powiatową Komendę Policji „Rokiem Pieszego”. Promocję programu, jak na ironię, rozpoczęto od umieszczania plakatów w pekaesowskich autobusach. To w rzeczy samej odpowiednie miejsca na propagowanie bezpiecznego, nożnego pokonywania przestrzeni. Zwłaszcza, że dla wielu stanie się ono głównym, o ile nie jedynym, sposobem lokomocji.

W listopadzie Ministerstwo Skarbu Państwa zdecydowało o prywatyzacji nierentownej firmy poprzez aukcję jej papierów wartościowych. Potencjalni nabywcy dowiedzieli się, że Przedsiębiorstwo świadczy usługi pasażerskiego transportu autobusowego, prowadzi stację obsługi i naprawy pojazdów; zajmuje się sprzedażą detaliczną paliw; wynajmuje nieruchomości, świadczy usługi hotelowe, reklamowe i parkingowe. Ładunki przewozi między innymi do Rumunii, Węgier i Włoch, posiada 65 autobusów, zatrudnia 119 osób.  

Na licytację wystawiono trzysta trzydzieści cztery tysiące akcji (osiemdziesiąt pięć procent), po wywoławczej cenie trzynastu złotych dwudziestu groszy za jedną. I na tym kończyła się zachęcająco brzmiąca część ogłoszeń. Znacznie mniej ponętna była wysokość wadium (czterysta trzydzieści siedem tysięcy sześćset pięć złotych), a gdyby znaleźli się chętni, bez wątpienia umknęliby chyżo, przejrzawszy księgowe dokumenty firmy.

Aukcję wyznaczono na 14 grudnia 2009 roku, godzinę dziesiątą. Tak się jakoś złożyło, że w  podanym terminie żaden inwestor do siedziby ministerstwa nie zawitał.

Prywatni przewoźnicy zacierają z uciechy ręce, mniej powodów do radości mają przewożeni. Mało prawdopodobne, by nastawione na zysk busiki wysyłano po kilku podróżnych w zabite dechami rejony powiatu.

***

Zniknięcie zawierciańskiego Pekaesu wydaje się przesądzone, lecz pamięć o nim nie zaginie. Wspomnienia z przejażdżek można spotkać na licznych forach internetowych, chociażby na forum prawnym:

- Dnia 05.07.2001 zostałem złapany na jeździe bez biletu (przewoźnik - PKS Zawiercie), miałem wtedy 13 lat. Wczoraj przyszło mi wezwanie do zapłaty od komornika. Czy przypadkiem coś takiego się nie przedawnia, bądź co bądź minęło ponad 7 lat?

- Moja sprawa wygląda podobnie i również dotyczy PKS Zawiercie. Jechałem z legitymacją członka rodziny PKS, kierowca mnie wpuścił do autobusu (jak się go zapytałem czy mogę jechać z taką legitymacją). Przyszła kontrola i pan powiedział, że nie mogę jechać, bo nie mam biletu. Argumentowałem, ale nie dało się go przegadać. W ciągu 7 dni zgłosiłem się do oddziału firmy, która zajmowała się kontrolą biletów. Przedstawiłem im sytuację, a oni się roześmiali i powiedzieli, że wiedzą który to kontroler, i że on taki jest. Po pół roku dostałem upomnienie (zwykły list , nie polecony) z wezwaniem do zapłaty. Straszono mnie, że jeżeli nie zapłacę, zostanie mi wytoczona sprawa w sądzie itp. , itd. Pojechałem jeszcze raz do oddziału firmy, który się mieścił w Zawierciu i wyjaśniłem, że miałem to anulowane, że reklamacja, że mam bilet PKS członka rodziny. No i ok. Teraz po 6 latach nagle dostałem list, w którym firma domaga się pieniędzy (kara plus odsetki), informuje, że zostałem wpisany do krajowego rejestru dłużników, że podano moje dane do urzędu skarbowego i innych urzędów, że nie będę mógł brać kredytów, telefonów itp. , itd.

Maciej Pawłowski  

 

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi