Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2010-02-05

Kogo krzywdzi obwoźny biznes?

 

Handel obwoźny kwitnie na wsi jak nigdy wcześniej. Gospodarze lubią dostać wszystko pod nos, a mobilni sprzedawcy zrobią wszystko, by klienta zachować przy sobie. Dla jednych taka forma sprzedaży jest wybawieniem, dla drugich, niestety, utrapieniem. Najlepiej widać to na przykładzie chleba naszego powszedniego.
 

Chlebem odbierają chleb

Sklepikarze z Doroszyc chcą wspólnie walczyć z nieuczciwą konkurencją. Okoliczna klientela, zamiast u nich, kupuje pieczywo wprost z dostawczych samochodów. Zyski właścicieli punktów handlowych topnieją w oczach, obwoźni dystrybutorzy zacierają ręce, a ludzie idą po chleb tam, gdzie taniej.

Pierwsi zdobywcy doroszyckiego chlebowego rynku pojawili się przed czterema laty. Teraz pieczywem z ręki handluje tu pięciu producentów. 

– Najtrudniejsze były początki, ludzi trzeba było przyzwyczajać do naszej obecności. Spróbowali, zasmakowali i teraz są stałymi klientami. Wystarczy, że zobaczę na płocie wywieszoną torbę, wtedy zatrzymuję się i otwieram tylną klapę. Z reguły na gospodynię czekać długo nie muszę, bierze co chce, płaci, a ja jadę sobie dalej – opowiada jeden z obwoźnych handlarzy. – Z chlebem jeździmy nie tylko do Doroszyc, mamy swoich klientów także w wielu innych małych miejscowościach.

– Jestem kategorycznie przeciwny temu procederowi. Na miejscu prowadzę działalność gospodarczą i tu płacę podatki. A oni nawet jednej złotówki do budżetu gminy nie odprowadzili. Czy ktokolwiek widział, żeby mieli kasy fiskalne? – retorycznie pyta Dariusz Jakubik właściciel piekarni i trzech sklepów w okolicy. – W ciągu dwóch lat musiałem zmniejszyć produkcję o połowę. Tracę ja, koledzy po fachu i sama gmina. Radni powinni się tym zainteresować, a przy okazji odpowiedzieć sobie na pytanie: kto ich utrzymuje?


Z ręki do ręki bez paragonu fiskalnego. Tak jest wygodniej dla sprzedawcy i nabywcy,
ale czy przypadkiem nie cierpi na tym Skarb Państwa?

– Obroty w moim sklepie spadły o jakieś dwie trzecie. Obwoźny handel odebrał mi klientów z całej jednej wsi. Pod domy zawozi się tam nie tylko pieczywo, ale praktycznie wszystkie artykuły spożywcze. Słyszałam, że w ten sposób handluje się już nawet butami – mówi Małgorzata Jaślar, właścicielka miejscowego sklepu.

Temat ujrzał światło dzienne podczas sesji rady gminy. W kuluarach wielokrotnie powtarzano, że brak reakcji w tej sprawie oznaczał będzie świadomą akceptację „lewizny”. Do udziału w dyskusji zaproszono przedstawicieli sanepidu i policji. Zasugerowano im, by przeprowadzili wspólnie akcję wymierzoną przeciwko obwoźnym handlarzom.

– Od nas żąda się dostosowania do wszelkich wymogów sanitarnych, tymczasem oni tymi samymi rękoma, którymi otwierają brudne drzwi w samochodach, podają ludziom chleb. Umywalek w furgonetkach nie mają, a pieczywo rzadko zapakowane jest w przepisowy worek foliowy – dodaje kolejny ze sklepikarzy. – Sanepid ma tu duże pole do popisu, bo prócz chleba sprzedaje się w ten sposób także mniej odporne na wysokie temperatury wyroby cukiernicze.

Interes nie kręciłby się, gdyby nie sami klienci. Handlarze dostarczają towar dosłownie pod sam próg, mają konkurencyjne ceny i, jak głosi powszechna opinia, świeży asortyment – taka strategia musiała przynieść im sukces.

– Wydaje mi się, że tu wcale nie chodzi o to, że w sklepie jest drożej, tylko o zwykłą ludzką wygodę. Szczególnie zadowoleni są starsi ludzie, bo w wielu przypadkach do sklepu mają kawał drogi – tłumaczy Bronisław Majdan, jeden z miejscowych klientów zaopatrujących się w obwoźnych „sklepach”. – Poza tym mamy demokrację i wprowadzanie jakichkolwiek ograniczeń w handlu nie będzie na miejscu. Wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Jak sklepowi są tacy oburzeni, to niech sami wsiadają w samochody i handlują po domach.

Wywołana do tablicy policja zbyt wiele zrobić nie może.

 – W okolicy nie ma wydzielonego targowiska, nie mamy zatem podstaw do karania osób trudniących się handlem obwoźnym. W większych ośrodkach miejskich są takie miejsca i poza nimi z samochodów sprzedawać niczego nie wolno – dowiadujemy się od policji.

– Jeśli kierowca takiego pojazdu posiada zezwolenie na handel obwoźny, dysponuje książką sanitarną i nie stwarza zagrożenia w ruchu kołowym, to w żaden sposób nie łamie prawa.

Sklepikarze chcą się zrzeszyć w jeden spójny organizm, który będzie w stanie wygrać z konkurencją. Czego się domagają?

– Zależy nam tylko na wyrównaniu szans. Niech handlarze płacą podatki, takie jak my. Bo teraz jest to bardzo nierówna walka – kwituje Dariusz Jakubik.

Gaz też bez paragonu

Z pewnością dużo mniej kontrowersji towarzyszy handlowi gazem. Mimo obietnic ze strony samorządowców, do tej pory mieszkańcy większości wsi nie doczekali się dostępu do gazu z sieci. Są zatem skazani na korzystanie z butli.

- Kiedyś trzeba było udać się do specjalnego punktu, by wymienić pustą butlę na świeżą. Z reguły woziło się ją na rowerze, który dla bezpieczeństwa lepiej było powoli prowadzić. Zimą natomiast najlepszym środkiem transportu były sanki – wspomina Jerzy Pilarz.

– Teraz wystarczy z rana butlę przed dom wystawić, nim człowiek zdąży zrobić łyk herbaty, już trąbią. Wychodzę, wybieram sobie butlę, płacę 40 złotych i po kłopocie. Nie wyobrażam sobie teraz, by mogło być inaczej. Jest wygodnie i szybko. Kiedyś to mi sprzedawca nawet butlę zaniósł do domu i przykręcił do kuchenki. Taki był uprzejmy, wiedział, że takie zachowanie to inwestycja w przyszłość. I się chyba nie pomylił, bo od tej pory tylko u niego biorę gaz. 
 

Uwaga na objazdowych oszustów

Handel obwoźny może być czasem polem do popisu dla rasowych oszustów. Na wsi stosunkowo łatwo natknąć się na ludzi starszych, którzy z chęcią zaproszą do domu i wysłuchają gościa oferującego „wspaniały” towar.za niewygórowana cenę.

Bolą cię gnaty, masz problemy z krążeniem, albo układem moczowym – z pewnością pomoże ci odpowiednie posłanie. Mniej więcej w taki sposób przekonywali niedowiarków handlarze, oferujący cudownie działające lecznicze kołdry i poduszki.

– Mamy z mężem kłopoty z kręgosłupem. Kupujemy mnóstwo lekarstw i od lat ciągle jeździmy na masaże. Jak się pojawił człowiek z tymi kołdrami, od razu pomyśleliśmy, że to cos dla nas. Wszedł do domu, kazał się do sypialni zaprowadzić, przymierzył czy kołdra pasuje do ramy łóżka, a potem zachwalał zalety tego całego posłania. Mieliśmy akurat pieniądze w domu, to wzięliśmy. Przecież to dla zdrowia. W sumie z kompletem poduszek i antyalergiczną pościelą zapłaciliśmy ponad 4 tys. zł. Początkowo wmawialiśmy sobie, że mamy lepsze samopoczucie. Udawaliśmy przed sobą, że nic nas nie boli. Obojgu było nam wstyd, że daliśmy się tak oszukać. Szukaliśmy potem kontaktu z tym człowiekiem, ale numery komórek widniejące na jego wizytówce należą do zupełnie innych ludzi – opowiada ze łzą w oku Maria Jabłońska.

Dobrych wspomnień, związanych z obwoźnym handlowaniem nie mają gospodarze, którzy rzekomo okazyjnie kupili węgiel na zimę. Dzisiaj tak się wstydzą, że żaden nie chce występować pod nazwiskiem.

– Przyjechał facet wielkim składem, szybko się po wsi rozniosło, że ma tani miał i eko-groszek. Tona tego drugiego kosztuje wszędzie około 700 złotych, a on go oferował po 450. Jak pytaliśmy dlaczego taki tani, to powiedział, że wiezie go z czeskiej kopalni. A tam jest dużo taniej. Uwierzyliśmy i wzięliśmy po kilka ton. Ja kupiłem siedem, żeby mi na całą zimę wystarczyło. Teraz klnę na czym świat stoi! Węgiel, owszem, pali się, ale jest tak niskokaloryczny, że jego zużycie mnie coraz bardziej przeraża. Na dobę piec zżera mi cały zasobnik, kiedyś taka objętość starczała mi na trzy dni – zachodzi w głowę pan Marian, jeden z poszkodowanych.

– A ile popiołu z tego jest! Codziennie wynoszę po dwa wiadra spieków. Ostatni raz dałem się tak oszukać! Jeszcze nigdy tak nie było, żebym z niecierpliwością czekał, aż mi się węgiel skończy. Teraz tak jest, proszę mi wierzyć. Nikogo nie namawiam do takich oszczędności.

Po bluzkę do biura

W gronie zwolenników handlu obwoźnego z pewnością znajdziemy pracowników wielu wiejskich urzędów. Zazwyczaj sprzedaje się tą drogą ubrania, tekstylia, ale nie brak też kosmetyków a nawet biżuterii.


W wielu obiektach użyteczności publicznej akwizytorzy mają zakaz handlu, na wsi nawet
gdy taki przepis funkcjonuje, rzadko kto go respektuje. Handel wszelkiego rodzaju
garderobą kwitnie w najlepsze.

- Raz w miesiącu wpada do nas człowiek z biustonoszami i bluzkami. Wszystkie się o tym informujemy pocztą pantoflową i po kolei przeglądamy towar. W jednym z pokoi urządzamy przymierzalnię. Facet jest u nas małą godzinkę, a potem jedzie do szkoły. Nauczycielki też się u niego zaopatrują – opowiada Elżbieta, urzędniczka, pracująca w powiecie bełchatowskim. – Przyjeżdża do nas także pan ze słodyczami, inny z książkami, a jeszcze inny z węgierskimi przyprawami. I wszyscy są zadowoleni.      

Przemysław Chrzanowski
Fot. Autor

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi