Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2011-01-20

Spin doktor u płotu

 

Fetyszyzacja piaru dotarła na prowincję. Nawet kandydaci na sołtysów chcą mieć własnych Tymochowiczów – specjalistów od kształtowania wizerunku i zdobywania popularności. Przed samorządowymi wyborami facebook odnotował niespotykany przyrost użytkowników pochodzących z miejsc, gdzie Internet nie był najczęściej użytkowaną płaszczyzną wymiany myśli.

Pretendenci do najwyższych w okolicy stołków masowo zaistnieli w cyberprzestrzeni. Na żądzy rządzenia skorzystali zawodowi i domorośli graficy komputerowi, profesjonalni i amatorscy konsultanci, a także paru wietrzących niezły interes hochsztaplerów.

Lokalna władza jest potężnym magnesem, przyciągającym zarówno żelaznych, od dawna zasiedziałych samorządowców, jak i masę dążących ku wpływowym biegunom opiłków. Wśród nich są odsunięci niegdyś, marzący o powrocie gminni dygnitarze, ambitni karierowicze i prozaiczni cwaniacy, dla których bycie wójtem, burmistrzem, starostą jest dość przyjemnym sposobem utrzymywania siebie oraz bliższych i dalszych znajomych.

Lecz nawet tam, gdzie drzew więcej niż domów, nie wystarcza przytwierdzony do pnia konterfekt. By przebić się do społecznej świadomości, trzeba pomysłu na siebie, a przede wszystkim uporu w autoprezentacji. Jest tylko jedno małe „ale”. W gminnym mikrokosmosie kandydaci są przeważnie powszechnie znani i trudno tu komuś wmówić, że przysadzista, kurduplowata pokraka to wamp z wyborczego plakatu.
 

Barowa papuga

Przyszła „pani burmistrz” nie oszczędzała się w kampanii. Pierwsza wystartowała z banerami, ulotkami i własną stroną internetową. Okoliczna ludność zaczęła widywać ją na mszach, ludowych festynach, dożynkach. W miejscach szczególnie ruchliwych (na przykład pod kościołem) rozdawała dzieciom cukierki.

Z obszernej galerii zdjęć umieszczonych w facebookowym profilu trudno się zorientować, że to o nią chodzi. Zęby jak perły, cera jak brzoskwinia, lico i sylwetka o dziesięć lat młodsze od oryginału. Ręka wprawnego retuszera pozbawiła twarz zmarszczek i przebiegłości. Przydała szerokiego uśmiechu, otoczyła puklami jedwabistych, gęstych włosów, a to rozwiewanych gwałtownymi podmuchami, a to muskanych łagodnym zefirkiem. Radosne dziewczę uprawia na zdjęciach nordic walking, jeździ na rowerze, w regionalnym stroju gospodyni wiejskiej tonie w bujnej trawie, z lekko przekrzywioną główką podnosi ręce w pozach rozkosznego podlotka.


Na plakatach było prawniczo i wielkanocnie.

Ten ogólny optymizm i pogodę ducha zobaczyły tłumy 1 listopada. W Dniu Zmarłych generalnie dobry nastrój bił z umieszczonego vis a vis cmentarnej bramy wyborczego baneru, zaś nagrobne znicze można było zaświecić zapałkami ozdobionymi wesołym portretem kandydatki (parę dni wcześniej podrzucała je ludziom listonoszka).

Na swojej stronie reklamowała się jako prawnik po kursach zarządzania nieruchomościami, choć część mieszkańców pamiętała ją z prowadzenia budki z piwem i prezesowania gminnej spółce w czasach, gdy jej krewny był gospodarzem gminy. Oj, w spółce za dobrze wówczas się nie działo.

Wielokierunkowa kampania obejmowała, jakże ważne, bezpośrednie kontakty z wyborcami. Po chałupach chodzili we trójkę. Kandydatka na burmistrza, przewodniczący Rady Gminy i kandydatka na radną w powiecie. Własne zalety uwypuklali, nadszarpując nieco reputację najpoważniejszego rywala, aktualnego i starającego się o reelekcję burmistrza. Ponieważ w niewielkich miejscowościach informacje rozchodzą się lotem sokoła, rywal bardzo szybko poznał treść formułowanych o nim opinii. – On wcale nie jest taki święty. Żonę porzucił, od dawna z nią nie żyje – przekonywała odwiedzanych barmanka-prawnik. Najbardziej jednak zabolała burmistrza postawa Przewodniczącego Rady. Przecież jeszcze niedawno zapewniał o swojej lojalności.

Nie pod każdą strzechą witano ich chlebem i solą. Sędziwa kobieta usłyszawszy w progu, iż ma do czynienia z „adwokatem” (a więc kimś więcej niż prostym „prawnikiem”), zatrzasnęła przed nieproszonym gościem drzwi. – Wszyscy adwokaci to kłamcy i złodzieje – dobiegło (wypowiedziane starczym głosem) z wnętrza domostwa.

Ale pretendentów było więcej. Na internetowej batalii skoncentrował się pewien znany pieniacz i wybitnie sfrustrowany malkontent. Walczył antyburmistrzowym blogiem, wykazując w zawiłych, naszpikowanych liczbami wpisach nieudolność i brak kompetencji obecnej władzy. W trybie wyborczym burmistrz podał go do sądu. W pierwszej instancji trybunał odrzucił skargę, w drugiej przyznał poszkodowanemu rację. Burmistrz wybory wygrał w cuglach.
 

Anioł Politycznej Śmierci

Jednak najbardziej zacięty bój stoczono w stolicy powiatu. O prezydenturę starł się z prezydentem starosta. Za pierwszym przemawiała przynależność do nad wyraz lubianej w kraju Platformy i względna młodość (42 lata). Ponad dwadzieścia lat starszy starosta (założyciel i lider lokalnego komitetu wyborczego) górował samorządowym doświadczeniem, społeczną aktywnością i niewątpliwymi sukcesami w rządzeniu. Za jego kadencji zwielokrotnił się budżet powiatu, zaroiło się od poważnych, oświatowych i drogowych inwestycji, nowoczesne oblicze zyskała największa w mieście przychodnia zdrowia. Pozostawało zatem przekonać społeczeństwo, że owe dokonania są właśnie jego dziełem, nie zaś administrującego grodem konkurenta.


Życzliwa rada z autografem.

Osiągnięcia i ich ojca eksponowała internetowa strona urzędu. Podczas realizowania służących mieszkańcom przedsięwzięć ulice rozkwitały tablicami, na których starosta niby to przepraszał za utrudnienia, a w rzeczywistości podpisywał się na nowym chodniku, jezdni, wiadukcie. Rzecz jasna, nie zapomniał o blogu, dbając by utrwalane w nim refleksje systematycznie przenikały do lokalnych mediów. Przynależne kompetencje otwierały drogę ku młodemu elektoratowi. Jako nadzorca ponadgimnazjalnej oświaty mógł bez zarzutu interesowności wysyłać maturzystom gratulacyjne listy i odwiedzać ich na lekcjach wiedzy o społeczeństwie.

***

Na kilka miesięcy przed wyborami coś jednak zaczęło zgrzytać w konsekwentnie budowanym wizerunku „najlepszego kandydata”. Im bliżej przełomowej daty, tym więcej wyrastało wokół niego doradców, życzliwych krytyków dotychczasowych działań propagandowych, podsuwaczy znakomitych pomysłów. Większość z nich myślała zapewne o docenieniu swojej roli w niedalekiej przyszłości. O wdzięczności wyrażonej dobrze płatnymi posadami i niepoślednimi stanowiskami.

Ktoś z tego grona naraił kandydatowi wysokiej klasy speca od podbijania serc zwykłych ludzi. Ów spin doktor wygrzebany został z odległej o kilkadziesiąt kilometrów aglomeracji. Pierwsze z nim spotkanie wywarło na kandydacie ogromne wrażenie. Uduchowiony wizjoner przyjął go w siedzibie własnej fundacji, zainstalowanej w rektoracie wyższej, państwowej uczelni. Trochę trwało nim rozpoczęła się zasadnicza rozmowa, gdyż specjalista musiał pożegnać się z delegacją przebywających w sąsiednim pomieszczeniu Francuzów. Na samym wstępie wyjął z wypchanego banknotami portfela dwujęzyczną wizytówkę, na której (w wersji angielskiej) widniało pod nazwiskiem magiczne słowo „president”. Sama zaś nazwa fundacji składała się z wielu trudnych do zapamiętania pojęć.

Pozycję presidenta uwiarygodniała jego strona internetowa, z której wynikało, iż jest menadżerem, dziennikarzem, wydawcą gazet i książek, poligrafem i autorem książek, konsultantem gospodarczym, doradcą partii politycznych, wykładowcą akademickim, restauratorem (?).

Jak przystało na profesjonalistę, wziął się ostro do roboty. Zaczął od naukowego opracowania kierowanej do mieszkańców ankiety, służącej za podstawę programu wyborczego. Być może częste kontakty autora z obcokrajowcami wpłynęły na gramatyczną formę dokumentu, przypominającego polszczyznę studenta z Gujany Francuskiej. Choć język ankiety nie był literacki, pierwszy, metodologiczny krok do zwycięstwa został uczyniony.

***

A miało to być zwycięstwo totalne, gwarantujące nie tylko prezydenturę, lecz także bezwzględną większość komitetu w radach miasta i powiatu. President musiał zatem odpowiednio wyszkolić zarówno lidera, jak i jego drużynę. Wszyscy przeszli intensywny kurs mowy ciała i manipulowania odbiorcą gestami. Spin doktor nie zaniedbał także kwestii oddziaływania poprzez medialną prezentację. – Każdy materiał internetowy powinien być opatrzony galerią zdjęć, a każde zdjęcie powinno być dynamiczne – nauczał z profesorską pewnością w głosie. Plonem cennych wskazówek był siedmiominutowy spot wyborczy, zamieszczony na youtubie (sztampowe produkcje tego rodzaju nie przekraczają trzydziestu sekund). Do jego nakręcenia zakupiono całkiem przyzwoitą kamerkę, wynajęto samochód z wysięgnikiem (ujęcia z lotu ptaka), zaangażowano licznych statystów. Obraz jest zbiorem ruchomych obrazów, tworzących wartko przesuwającą się przed oczami falę głów (przyszłych samorządowców). Już po opublikowaniu długometrażowego spotu okazało się, że jeden z jego bohaterów nie życzy sobie ujawniania twarzy. Materiał na parę godzin zniknął z sieci, po czym powrócił do niej z zamazaną sylwetką kapryszącego aktora. Tym samym ostateczny efekt nawiązywał do sprawdzonych wzorców telewizyjnego hitu „997”.

I nie był to ostatni filmowy akcent w Internecie. Niebawem zagościł tam dwunastominutowy reportaż z porządkowania mogił na cmentarzu komunalnym. Oczywiście porządkowali je kandydaci.

Gdy nastał czas rozwieszania plakatów, swoje usługi zaoferował właściciel świetnie prosperującej drukarni. Czołowa postać lokalnego biznesu, potentat w produkcji samoprzylepnych strzałek, wskazujących drogę do wyjść ewakuacyjnych, wytwórca etykiet na majonezy i powidła śliwkowe. Jego drukarniany grafik przygotował projekt baneru, który rozmnożył się w najbardziej uczęszczanych rejonach miasta.

***

Wskazówki wyborczego zegara nieuchronnie zbliżały się do godziny „zero”, ale zamiast rosnącego optymizmu w szeregi komitetu wkradał się niepokój. Bardziej ośmieleni zaczynali zwracać uwagę na złą prasę przyszłego prezydenta i popadanie w śmieszność od czasu, gdy naturalność zastąpił zalecaną przez presidenta mową ciała. Niektórzy delikatnie napomykali, iż president, co prawda legitymuje się tytułem doktora, lecz jest to doktorat z ekonomii, uzyskany na nie cieszącej się zbytnią sławą politechnice. – To trochę tak, jakby dyplom z medycyny zdobyć w Akademii Sztuk Pięknych – sarkali po kątach. Również banery nie wzbudziły powszechnego entuzjazmu. Jeden z portali wytknął im brak pożądanego rzucania się w oczy. Umieszczony na pstrokatym tle kandydat był trudny do zlokalizowania, zaś tło stanowiła jedna z sztandarowych inwestycji mijającej kadencji – zamglone rondo z kolistym trawnikiem w środku. Na mieście ludzie mówili, że to baner wielkanocny, bo za pretendentem widać talerz z rzeżuchą.


Drogowe inwestycje to mocne wyborcze atuty.

Nic więc dziwnego, że prezydenckie wybory nie przyniosły rozstrzygnięcia w pierwszej turze, a z pokazanego w spocie tłumu tylko nieliczni załapali się na radnych. W ostatniej chwili sięgnięto po fachmanów z Krakowa. Zobaczywszy z jak zabagnioną kampanią mają do czynienia, chwycili się za głowy. Trzeba było zupełnie zmienić taktykę, odsunąć szkodliwych doradców, zaprojektować i wydrukować nowe plakaty (już bez intelektualnego wkładu ozdabiacza słoików). Ostatnie dni były dla sztabu wyczerpujące, ale wysiłek i nieprzespane noce przyniosły upragnione zwycięstwo. Starosta sporą przewagą głosów został prezydentem.

***

W dobie Dody, Kasi Cichopek i Krzysztofa Ibisza umiejętność pchania się na afisz jest niewątpliwie cenna. Na szczęście prawa rządzące szołbiznesem jeszcze nie zdominowały tych sfer życia publicznego, gdzie zapadają decyzje dotyczące zwykłych ludzi. Choć walka o samorządowe funkcje coraz bardziej przypomina wprowadzanie na rynek nowego proszku do prania, nie wystarcza w niej wypomadowana gębą, botoks i fotka z premierem.


Nadchodzi epoka presidentów.

W ostatecznym rozrachunku najważniejsze pozostają kompetencje, dorobek, autentyczność. W powiecie od rządzenia odsunięto tych, co zawiedli pokładane w nich kiedyś nadzieje. Mimo piarowej presji, u władzy pozostali ci, którzy dla ludzi coś dobrego zrobili. Potrafili społeczne zaufanie zamienić na inicjatywy służące swoim miastom, gminom, sołectwom. Ale czas merytorycznych ocen może stać się bezpowrotną przeszłością. Dobre wyborcze wyniki prawnika-barmanki, wejście do drugiej tury konkurenta byłego starosty i wiele innych, zaskakujących przypadków świadczą, że milowymi krokami zbliża się epoka presidentów.

 

Maciej Pawłowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi