Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Data utworzenia: 2011-07-08

Europa namieszała

 

Choć województwo śląskie uchodzi za najbardziej uprzemysłowiony region kraju i z rolnictwem raczej nie jest kojarzone, do niego trafiły niemałe unijne pieniądze, przeznaczone na scalanie rolnych gruntów. Wielkością tej puli wyprzedziło je tylko lubelskie, stanowiące z kolei obiegowy symbol wiejskości.

Z siedemnastu ziemskich powiatów województwa śląskiego do scalania przystąpiły cztery, a spośród nich w komasowanym obszarze przewodzi powiat zawierciański. Pierwszy etap objął sołectwa Niegowonice, Niegowoniczki i Grabowa w gminie Łazy. Na połączenie w spójną całość czterech tysięcy hektarów ziemi Unia Europejska wydała około dwudziestu milionów złotych, niestety nie od wysokości nakładów zależy sprawność przeprowadzenia operacji. Zadanie w Łazach okazało się niesamowicie skomplikowane.

Wehikuł czasu

Przez dziesięciolecia łączenie prywatnych spłachetków w rozleglejsze areały było w Polsce niemile widziane, co zresztą zapobiegło powszechnej w socjalistycznym bloku, stuprocentowej kolektywizacji. Ów chłopski opór i przywiązanie do paru mórg nie zawsze żyznej gleby nie pozwoliły zdominować ojczystego krajobrazu monotonią Państwowych Gospodarstw Rolnych. Sprawiło, że z lotu ptaka przypomina on wielobarwny patchwork indywidualnie wykorzystywanych poletek.

 
Byle kawałek asfaltu oddawany jest z wielką pompą.

W kapitalizmie, a zwłaszcza kapitalistycznym rolnictwie tendencje są zgoła odmienne, można rzec quasi sowieckie. Spółdzielnie produkcyjne skutecznie konkurują z jednoosobowymi czy jednorodzinnymi gospodarstwami, a im większa powierzchnia upraw, tym większy zysk. Rozumie to coraz więcej rodzimych posiadaczy ziemskich, coraz więcej u nas latyfundystów i wielkoobszarowych rolników pełną gębą. Ideą scalania gruntów jest modernizacja wsi i zbliżenie jej do europejskich standardów. Najkrócej mówiąc, chodzi o to, by na określonym terenie z kilku tysięcy działeczek zrobić kilkaset, a najlepiej kilka.

Tu prawdziwych rolników już nie ma

Formalnym beneficjentami przedsięwzięcia są starostowie, zaś wykonują je będące w dyspozycji urzędów marszałkowskich biura geodezyjne. Komasacja w powiecie zawierciańskim przypadła biuru z Częstochowy. Jego dyrektor, Józef Chmiel zachwycony szczytnym zleceniem bynajmniej nie jest. Co prawda przeważają tu miejscowości typowo rolnicze, ale akurat Łazy do takich nie należą. To jedno z poważniejszych utrudnień.

 
Chodzi o to, by znikła szachownica.

Scalanie nie jest czynnością czysto geodezyjną. Jest również złożonym procesem prawnym, kompleksem działań z zakresu psychologii społecznej, dyplomacji, a nawet zachowań zarezerwowanych dla komandosów. Od ruszającego w teren geodety wymaga umiejętności przekonywania wrogo nastawionych właścicieli, a także nieprzeciętnej kondycji i sprawności fizycznej, od których zależy uniknięcie bezpośredniego starcia ze spuszczonymi z łańcuchów psami.

Według dyrektora Chmiela w Łazach nie ma prawdziwych rolników, faktycznie zainteresowanych poprawą warunków gospodarzenia. Już we wstępnej fazie scalania, kiedy przyjmowane są akcesy, trudno zebrać niezbędne minimum mieszkańców, zaś ich nierolnicze preferencje z całą mocą ujawnia etap składania życzeń. Uczestnicy komasacji wybierają wtedy satysfakcjonujące ich działki, stanowiące ekwiwalent odstąpionego gruntu. W Niegowonicach, Niegowoniczkach i Grabowej najchętniej zamieniliby się na kawałki pod szybki i intratny biznes, byle niezwiązany z sianiem, sadzeniem, zbieraniem.

Jednak nie na samym połączeniu ziemi polega cywilizacyjny profit wiosek. Najbardziej unowocześniają je prace poscaleniowe. Zaliczana do nich melioracja chroni przed podmakaniem sporych obszarów, a budowa utwardzonych dróg dojazdowych do pól znacznie poprawia lokalną sytuację komunikacyjną. Każda działka musi taką trasę posiadać, zatem scalanie owocuje wysypem nowych szlaków, których długość często przekracza drogowe dokonania poprzednich dziesięcioleci. Tam, gdzie autostrady nie powstają, wylaniu kilkudziesięciu metrów świeżego asfaltu towarzyszy zwykle wielka feta, przecinanie wstęg, wzniosłe przemówienia i rozhuśtane kropidło proboszcza. Przy scalaniu, bez zbędnej celebry tych metrów przybywa od groma.

Beczka miodu i łyżka vatu

To przykre, ale szczodra Unia zrobiła nam psikusa, a wręcz wycięła niezły numer. Dała gruby szmal na likwidację szachownicy pól, ale swoją dyrektywą uznała VAT na roboty poscaleniowe kosztem niekwalifikowanym, ponoszonym przez beneficjenta. Za pierwszy etap (prace w trzech sołectwach gminy Łazy) powiat zawierciański musi zapłacić do 2015 roku około miliona dziewięciuset tysięcy złotych podatku.  Niby suma nie jest porażająca (zwłaszcza przy dwudziestomilionowym udziale unijnym), jednak dla samorządu trudna do udźwignięcia. Nowe zasady dyscypliny finansowej nie pozwalają szastać publicznym groszem, a poza tym nad powiatem wisi złowieszcze widmo zadłużonego na pięćdziesiąt milionów szpitala.         

 
Im scalanie obojętne.

Niespodziewanie z pomocą ruszył Urząd Marszałkowski, przyjmując na początku lutego uchwałę o możliwości refundowania VAT do siedemdziesięciu procent jego wartości. Zakładając, że hojność Urzędu sięgnie maksymalnego pułapu (jest to wysoce prawdopodobne, a w samorządowych kuluarach mówi się nawet, że pewne), do zapłacenia zostanie jeszcze kilkaset tysięcy, co i tak może poważnie zachwiać budżetem powiatu. W starostwie zrodziła się zatem myśl, by obowiązkiem uregulowania pozostałych trzydziestu procent podzielić się z bezpośrednimi adresatami scalania (do drugiego etapu obok Łaz wytypowano także Pilicę). Wedle tej koncepcji powiat wyłożyłby forsę na pokrycie dziesięciu, a gminy dwudziestu brakujących procent.

Na negocjacje burmistrz Łaz Maciej Kaczyński przybył do Starostwa ze swoimi sołtysami. Starosta Rafał Krupa wzmocnił siłę oddziaływania zaproszeniem Józefa Chmiela i dyrektora Wydziału Terenów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego Jerzego Motłocha.

Burmistrz z całą mocą stwierdził, że kogo jak kogo, ale jego do przeciwników scalania zaliczyć nie można. Rzecz w tym, że VATem został zaskoczony, a budżet gminy jest napięty. Łazy dynamicznie się rozwijają. Właśnie wygrały konkurs na duży unijny projekt, do którego potrzebny jest niemały wkład własny. Możliwość pomocy widzi w obcięciu funduszu sołeckiego. Jak nietrudno się domyślić, teza ta wywołała pomruk niezadowolenia wśród obecnych na spotkaniu sołtysów.

Pegieerowska czkawka

Staroście w sukurs pospieszył Józef Chmiel. Zapewnił, że w innych powiatach ze zrzutką na VAT nie ma najmniejszego problemu, a wójtowie bez zmrużenia oka supłają na ten cel pieniądze. Burmistrz odpowiedział, że poszuka złotówek w budżecie, sołtysom natomiast spokoju nie dawał ów niesprawiedliwy, ich zdaniem, rozdział należności. - Dlaczego powiat tylko dziesięć a gmina dwadzieścia procent ma dawać? – pytali z pretensją w głosie. Ano dlatego, że to gmina głównie korzysta a powiat nie liczy sobie tej żmudnej roboty, jaką w Starostwie odwala Wydział Geodezji.

 
Od lewej Jerzy Motłoch, wicestarosta Jan Grela, Józef Chmiel, starosta Rafał Krupa.

W ostatnich dniach czerwca radni z Łaz i Pilicy przystali na propozycję powiatu, lecz to nie kończy problemów ze scalaniem. Szczerość intencji burmistrza Kaczyńskiego potwierdza jego chęć przystąpienia do drugiego etapu komasacji, obejmującego sołectwa Chruszczobród Piaski i Wiesiółka (tysiąc hektarów). W Pilicy chcą łączyć ziemie wsi Sławniów i Wierzbica (ponad tysiąc pięćset hektarów). I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że Częstochowskie Biuro Geodezji i Trenów Rolnych temu zadaniu nie podoła. Dyrektor Chmiel i jego ludzie już teraz gonią ostatkiem sił. Powiat zawierciański jest dla nich cholernie ciężkim przypadkiem. Nie tylko ze względu na obsługiwaną powierzchnię, ale także zabagnione w przeszłości sprawy. Przystępując do scalania powinni mieć wyczyszczoną ewidencję gruntów, tymczasem nieład panuje tu koncertowy. Rzeczywiste granice działek nie pokrywają się z uznawanymi przez właścicieli, niektóre mają po dwie, a nawet trzy księgi wieczyste. Przy skromnej obsadzie personalnej, częstochowianom przyszło dodatkowo porządkować ten prawno-dokumentacyjny chaos. Na pomoc Beskidzkiego Biura też nie ma co liczyć, bo i oni na bezczynność się nie uskarżają. Scalania byle komu powierzyć nie można, muszą wykonywać je geodeci z odpowiednimi uprawnieniami. Nawet jeśli Urząd Marszałkowski rzuci forsą na kadrowe wzmocnienie biur, nie wiadomo czy znajdą się niezbędni specjaliści. Krytyczni obserwatorzy zastanawiają się, jak rozległy paraliż zapanowałby, gdyby nie cztery a wszystkie siedemnaście powiatów województwa śląskiego zażyczyło sobie komasacji.

 
Sołtysi swojego funduszu oddać nie chcą.

Optymistycznie przyjmijmy jednak, że do 2015 roku sprawy potoczą się po myśli Łaz i Pilicy. Kiedy już wszystko będzie gotowe, może okazać się, że proces trzeba wznowić. W powiecie funkcjonowały niegdyś Państwowe Gospodarstwa Rolne, powstałe z krzywdzącego rolników zagarniania ich pól. Od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku toczą się sądowe sprawy o zwrot ziemi, których finału nie sposób określić w czasie. Starostwo apelowało do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi o szybsze mielenie młynów sprawiedliwości, otrzymało odpowiedź, że długotrwałych prawnych procedur przeskoczyć nie można. Jest zatem oczywiste, że rozstrzygnięcia zapadłe po 2015 roku naruszą scaleniowy ład, jeśli w terenie pojawią się „nowi” starzy właściciele.

***

Nie da się ukryć, że Unia Europejska namieszała. Nie tylko dyrektywą o kosztach prac poscaleniowych, ale być może całą scaleniową promocją. Spore pieniądze do wzięcia nie spowodowały nadmiernego zainteresowania ich spożytkowaniem, a tam gdzie po nie sięgnięto, wyszły na jaw organizacyjne niedostatki i od lat niesprzątane, wstydliwe zaszłości. Scalanie gruntów pokazuje, że polskiej wsi jeszcze daleko do europejskich standardów.

Maciej Pawłowski

wersja do druku


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi