Zamknij ten komunikat

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.

Doradztwo Filmoteka Fotostory Moja Wieś O tym się mówi Postawy Przegląd prasy Powrót do Strony Głównej Biblioteka Poczta Kontakt Forum Atlas Inicjatyw Metoda e-VITA Szukaj
Dostęp, wiedza, zasoby, wykorzystanie, metoda e-VITA
Serwis dla osób prowadzących działalność gospodarczą
Serwis dla wiejskich organizacji społecznych
Serwis dla przyjaciół zwierząt
Dziedzictwo
Kultura, krajobraz, architektura...

Mówią o mnie zielicha

 

Przemysław Chrzanowski: Pani Hanna od ziół, zielarka? Jak o pani mówią?


Hanna Świątkowska.

Hanna Świątkowska – Jestem zielicha. Sama siebie tak kiedyś nazwałam. Tak też o mnie mówią ludzie. Wszędzie, gdzie prowadzę zajęcia uchodzę za zielichę właśnie. Cóż, przyjęło się i nie będę tego zmieniać. Gdyby dociekać etymologii mojego zielarskiego imienia, trzeba byłoby sięgnąć do początków działalności stowarzyszenia Odnowica, pod którego skrzydłami niejako zaczęłam swoją działalność warsztatową.

Zielarstwo to wiedza tajemna?

To na pewno bardzo szeroka dziedzina wiedzy. Osobiście zgłębiam ją i niejako kultywuję od ponad 30 lat. A zainteresowanie zielarstwem sięga w moim przypadku jeszcze dalej, ponieważ zajmowała się tym moja babcia. Jako dziecko zwykle przebywałam u niej na wakacjach w Beskidzie Małym. Nie za bardzo rozumiałam wówczas dlaczego, przynosząc kwiaty, babcia nie wstawia ich do flakonu, jak to robiono zazwyczaj w Krakowie, gdzie się wychowałam. Jak pamiętam, ona bardzo nie lubiła bezczynności, dlatego starała się byśmy pomagały jej w zbieraniu określonych roślin.

W ten sposób organizowała zajęcie nie tylko mnie, ale i mojej siostrze i kuzynkom. Z punktu widzenia szarego zjadacza chleba były to zwyczajne chwasty, nie mogłyśmy wówczas pojąć do czego babci to potrzebne. Wychodząc do ogrodu, prócz pojemników na porzeczki, fasolę, czy marchew, zawsze z sobą zabierała odrębny koszyk na zioła. Mimowolnie obcowałam z ziołami również nieco później, mój ojciec był do nich przyzwyczajony, więc uwielbiał pić herbatę z lipy, czy z pokrzywy, powszechnie wiedziało się, że krwawnik jest przyprawą. Takie obrazy mam gdzieś bezładnie poukładane w swej pamięci, myślę, że w jakimś stopniu wpłynęły one później na wybór mojej życiowej drogi.  

Co spowodowało, że świadomie „weszła” pani w zielarstwo?

To nastąpiło w latach osiemdziesiątych. Mój syn zaczął ciężko chorować, a na naszym rynku nie było żadnych leków poza syntetykami i antybiotykami. Już wówczas wiedziałam, że faszerując nimi dziecko, do niczego dobrego nie doprowadzę. Zaczęłam na poważnie interesować się ziołolecznictwem, zgłębiałam tę wiedzę profesjonalnie, skończyłam studia. W międzyczasie na świat przyszedł mój drugi syn. Wyprowadziliśmy się poza miasto, zajmowałam się wychowaniem dzieci, nie pracowałam zawodowo.

Ale z racji tego, że mąż był leśnikiem, miałam możliwość korzystać z dobrodziejstwa otaczającej nas zewsząd przyrody. Oferta całej natury wchodziła prosto w ręce. Grzechem byłoby tego nie wykorzystać, dlatego wręcz zachłannie chłonęłam tę, jak pan to nazwał, wiedzę tajemną. Zdążyłam jeszcze kilka razy, już w pełni świadomie, porozmawiać o tym z babcią. Niestety, w krótkim czasie zmarła, nie pozostawiając po sobie żadnych zapisków. Pozostało mi samej zmagać się z tą materią. Chociaż czasem, znienacka, wpadają mi do głowy odkurzone kadry w dzieciństwa, w których babcia rozprawia się z pewnymi ziołami. Te olśnienia bywają bardzo pomocne.

Czy od tego momentu postanowiła pani bagatelizować konwencjonalną medycynę?

Absolutnie nie. Są schorzenia, z którymi sobie nie poradzimy, lecząc się ziołami. W większości przypadków jednak, nie ma potrzeby chodzić do lekarzy, czy aptek. Dziedzina, o której dzisiaj rozmawiamy nauczyła mnie jednego: najważniejsza jest profilaktyka. Stała zapobiegliwość, troska o własną kondycję wystarczą, by być zdrowym. To brzmi jak wyświechtany frazes, ale to jasne, że człowiek zdrowy nie musi nigdzie szukać pomocy kogoś, kto leczy.

Czy możemy choć odrobinę uszczknąć z tej wiedzy tajemnej? Co na przykład powinniśmy zrobić, żeby mieć ładne paznokcie i bujną fryzurę?

Odpowiedź jest prosta. Trzeba regularnie kąpać się w naparach z takich roślin jak skrzyp, pokrzywa, albo łopian. Można również popijać sobie z nich napary. Z doświadczenia jednak wiem, że krzemionka koloidalna zawarta w tych roślinach łatwiej wchłania się przez skórę niż z układu pokarmowego.

A czym walczyć z prostymi, codziennymi infekcjami?

Warto stosować tymianek, macierzankę, majeranek, oregano. Z rodzimych probiotyków można sięgnąć po liście i kwiaty czarnego bzu. Te ostatnie działają również przeciwgorączkowo – dokładnie tak samo jak kwiaty lipy, czy wiązówki błotnej. Ze schorzeniami infekcyjnymi świetnie radzi sobie także nagietek, można zjadać go na surowo, robić z niego napary, albo zażywać wytwarzany z niego wyciąg olejowy. Przy przeziębieniach warto zainteresować się ponadto liśćmi i pędami malin. Zbawienne są soki z owoców malin, ale o tym każda gospodynie domowa już wie.

W dzieciństwie cierpiałem na ból ucha. Przeszło po tym, jak wpakowano mi do niego liść z rośliny stojącej w doniczce na oknie.

To geranium, zioło pochodzące z północnej Afryki. Geranium występuje również w Polsce, rośnie sobie dziko i nazywamy je budziszkiem. Ma nieco słabsze działanie niż to doniczkowe. Nie mniej jednak warto po nie sięgać, szczególnie w profilaktyce.

Swoją przebogatą wiedzę o ziołach przekazuje pani dzisiaj innym.

Jak już wspomniałam, zajmuję się działalnością warsztatową. To, czego podczas takich zajęć można się dowiedzieć, bardzo wiele zależy od ludzi, z którymi pracuję. Inaczej wyglądają warsztaty z dorosłymi, inaczej z dziećmi. Najmłodsi czerpią wiedzę poprzez zabawę, pokazuję im naturę, bo oni nie zdają sobie sprawy z tego, że są jej częścią, że życie w ogóle może być naturalne, a nie syntetyczne. Dość powiedzieć, że na pytanie: czy jedzą rośliny, zazwyczaj odpowiadają przecząco. To zaskakujące, iż nie mają świadomości, że warzywa i owoce to także rośliny. A już kompletnym zaskoczeniem dla nich jest to, że roślinami, ziołami są przyprawy kuchenne. Staram się w młodych ludziach budzić ciekawość świata, pozbawiać lęku przed smakowaniem natury. Pokazuję do czego może przydać się listek babki, zachęcam do skosztowania kwiatów stokrotki, czy owoców głogu.

Dorośli pewnie mają bardziej skonkretyzowane oczekiwania?

Z reguły staramy się od razu określić profil zajęć. Czasem poświęcamy się przede wszystkim kulinariom. Innym razem skupiamy się na szeroko pojętej profilaktyce. Dorośli szukają w ziołach sposobu na różne dolegliwości. A to jest przysłowiowa studnia bez dna. Trzeba tu zaznaczyć, że ziołolecznictwo to bardzo szeroka i niezwykle trudna dziedzina. Trudno się zatem spodziewać, że po jednym spotkaniu warsztatowym, ktokolwiek będzie w stanie opanować tę sztukę. Nie mniej można nauczyć się jak panować nad infekcjami i schorzeniami, które dają się wyleczyć doraźnie. Można także dowiedzieć się jak przy pomocy ziół można sobie radzić z pierwsza pomocą w terenie. To bardzo przydatne dla surwiwalowców.  

Skaleczyłem się w lesie, jest opuchlizna, krew, do lekarza daleko. Czego szukam?

Babki szerokolistnej, chociaż często nazywa się ją lancetowatą. To roślina, która jest opatrunkiem na wszystko. Świetnie sprawdza się przy oparzeniach, użądleniach, otarciach, wszelkich podrażnieniach skóry. W przypadku otwartych, broczących krwią ran liście babki szerokolistnej należy oczywiście porządnie oczyścić. Przy oparzeniach (nie tylko termicznych, ale i słonecznych) świetnie sprawdzają się łopian, albo mięta. W tym przypadku liście należy uprzednio rozgnieść w zimnej wodzie. Na głębokie skaleczenia bardzo dobrym lekarstwem będą huby, rosnące na drzewach. Wspomniany budziszek natomiast wspaniale tamuje krew. Krew tamują również okłady z babki, łopianu i podbiału. Nie dość, że przyspieszają krzepliwość krwi, to jeszcze skutecznie stabilizują ranę.

Bez ziół trudno się obyć także w kuchni.

Ja używam ziół w kuchni nie tylko jako przypraw. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że w większości są one roślinami jadalnymi. Nawet te dziko rosnące. Czasem nie mamy świadomości, że spożywamy je na co dzień. Wszak marchew, seler, pietruszka, kalafior, brokuł i inne warzywa należą do ziół. Ważne jest jednak to, by zdawać sobie sprawę co spożywamy, czemu to służy i jak to wykorzystać dla zachowania harmonijnego zdrowia.

***


Witryna tworzona i redagowana jest przez zespół Fundacji Wspomagania Wsi